Witaj u mnie

Cieszę się, że tu jesteś! 

Najnowsze posty z mojego świata

"Posłuchaj chwilę i uwierz we mnie. Nie ma powodu dla mojego pisania. Piszę tylko dlatego, że jest we mnie głos, który nie chce ucichnąć." (Sylvia Plath)

"Tak więc, czytelniku, ja sam jestem materią mej książki; nie ma racji, abyś miał używać swego czasu na tak niepoważny i błahy przedmiot." (Michel de Montaigne)

O ułańskiej fantazji i nie tylko

Zostałam pokonana.

Kiedy nie chciałam myć okien w mieszkaniu, sprzedałam je i kupiłam inne.

Kiedy kupiłam obraz w Portugalii, postanowiłam wynająć do niego mieszkanie, żeby go nie wozić do Polski.

Ale pokonała mnie przyszywana ciocia mojego ulubionego zięcia: kiedy nie chciała mieć sąsiadów w kamienicy, w której mieszkała, po prostu kupiła całą kamienicę. Za gotówkę.

Ułańska fantazja, której zazdroszczę. Tak trzeba żyć.

Tak że ten. I tej fantazji ułańskiej wam życzę, misie pysie!

O priorytetach i nie tylko

Taka kolejność:

Po pierwsze, praca. Pieniądze.
Po drugie, dzieci. Niezależnie od tego, czy mają 7 lat, czy 17, czy 27.
Po trzecie, Znajomi-i-Krewni-Królika. Koledzy, koleżanki, przyjaciele, przyjaciółki.
Po czwarte, jakaś ex. Zawsze ważna, zarówno w wersji “bo to zła kobieta była”, jak i “to moja przyjaciółka i matka moich dzieci”.
Po piąte, motocykl. W wersji soft - gadżety, gry.
Po szóste, pasje inne niż wymienione w punkcie piątym. Wchodzenie na góry i schodzenie z gór, nauka suahili, podbój kosmosu, narzekanie na podatki.
Po siódme, rodzice.
Po ósme, ogród, dom plus wszystkie zabawki - kosiarki, młotki, wiertarki.
Po dziewiąte, ja.

Cieszyć się, że zmieściłam się w pierwszej dziesiątce czy nie?

Ja tu sobie śmieszkuję z priorytetów w życiu moich miłych kolegów, ale tak naprawdę - po co im ja?

Tak że ten. Bo przecież każdy lubi być dla kogoś najważniejszy, prawda? Uroczej jesiennej soboty, robaczki!

O przyjaźniach, odrzuceniu i nie tylko

Miałam kiedyś przyjaciela. Tak, faceta. Poznaliśmy się w jakimś tłocznym miejscu, ja byłam z Niemcem, on ze swoją przyjaciółką. Parę imprez nam się w czwórkę trafiło, w tym kajaki, trochę wiadomości, potem nam się związki rozpadły, pocieszaliśmy się nigdy nie wychodząc poza ramy przyjaźni pełnej czułego zrozumienia. Naprawdę świetny facet. Moje BFF mówiły o nim, że jest jak bernardyn - pewny, solidny i można na niego liczyć. Przyjeżdżał, gdy go potrzebowałam. Pewnego dnia wyraził jasno, jak wyobraża sobie naszą dalszą przyjaźń.

Wyobrażał sobie niestety inaczej niż ja. (W sumie to chyba miałam jakąś pomroczność w tamtym momencie.)

Jeszcze przez chwilę udawaliśmy, że wszystko jest okej, jeszcze pisał, aż zniknął z mojego horyzontu.

Odrzucenie, nawet oblane łagodzącym sosem żartu, obsypane kolorową posypką sympatii i obłożone słodkimi wspomnieniami, zawsze będzie gorzkie.

A wywołuję z pamięci tę historię, bo jakiś czas później znalazłam się - nie do końca świadomie - w situationshipie - takim typie relacji, w której nie definiujesz roli drugiej osoby, jak ognia unikasz rozmów o planach, wyłączności czy długofalowych zobowiązaniach, nie widzisz, dokąd ona prowadzi i brak jej fundamentów prawdziwego związku. W situationshipie można się regularnie spotykać, można spędzać razem noce, można nawet rozmawiać o uczuciach czy emocjach, ale tylko przez chwilę. Nic nie jest nazwane, a temat „kim jesteśmy” wywołuje napięcie*.

Taki “prawie związek”. Byliśmy prawie razem, prawie szczęśliwi, prawie pewni.

Ja pytałam, sugerowałam, drążyłam temat, aż dotarło do mnie, że to też jest odrzucenie. Że pod płaszczykiem słodkich wyznań i częstych nawet romantycznych chwil jest - w gruncie rzeczy - odrzucenie. Nie brutalne, nie wprost. 

Karma wróciła? Starałam się bardzo nie wyobrażać sobie, jak Bridget Jones, “przez następne pół roku rozmowy, w których on błaga o powrót, i nie wybuchać płaczem na widok jego szczoteczki do zębów.” Ale było mi szczerze żal potencjału tej relacji, która była dla mnie naprawdę ważna.

On wyjechał, szczoteczkę wyrzuciłam.

Tak że ten. Samych prawdziwych relacji wam życzę, kochani. Dobrego wieczoru!

* podparłam się https://hedepy.pl/o-zdrowiu-psychicznym/situationship-jak-rozpoznac-prawie-zwiazek

O miejscach i ludziach znajomych i nie tylko

“Lubię wracać tam, gdzie byłam już”. Wydaje mi się, że znam to miasto i daje mi to złudne poczucie przewidywalności. Tak, tu jest Popowicka, a tam dalej są Pilczyce. Mieszkałam tu, no przecież wiem.

I nagle okazuje się, że nie. Tu wybudowali most, tam przedłużyli Na Ostatnim Groszu, nagle przeskakuję jakiś wiadukt i jestem w zupełnie innej części miasta. Ale jak to, już Grabiszyńska?

Widzę nową twarz tego miasta.

I człowiek. Twardy, decyzyjny, sarkastyczny, zahartowany. Nagle pokazuje mi swoje swoje emocje, swoją wrażliwość, swoje miękkie podbrzusze. To taki typ, po którym trudno się tego spodziewać. 

Widzę nowe oblicze tego człowieka, ale to najmilsza nieprzewidywalność, z jaką mogłam mieć do czynienia.

Obydwaj - Wrocław i on - mnie zaskoczyli i zauroczyli.

Tak że ten. Zauroczeń na ten początek jesieni wam wszystkim życzę, kochani.

O trudach komunikacji międzyludzkiej i nie tylko

Komunikacja międzyludzka trudna jest. Dobrze, jeśli w ogóle jest i nie zostajecie zaskoczeni jakimś “a bo ci nie mówiłem”, z drugiej strony półprawdy i ćwierćprawdy dają złudne poczucie spokoju.

Nienawidzę - tak, nienawidzę, nie “nie lubię” - kiedy ktoś wmawia mi, że powiedział coś innego niż powiedział. Pamięć, dzięki Bogu, mnie nie zawodzi i liczę bardziej na nią niż na zapewnienia interlokutora, że nie nie, on tego nigdy nie mówił, a jeśli nawet mówił, to nie to miał na myśli.

Mistrzami w kwestii lawirowania są oczywiście nastolatki, które gotowe są przysiąc, że nigdy przenigdy nie obiecywały wrócić z imprezy o 22, chociaż było to warunkiem sine qua non pozwolenia na wyjście w ogóle. No, z tą 22 trochę przesadziłam. Chyba że następnego dnia.

Gorzej, jeżeli to, co ktoś powiedział, wpływa na twoje myślenie o kimś trzecim. Pewnego zakrapianego wieczoru moja niby koleżanka (coś jak nibynóżka u ameby) opowiadała mi o swojej znajomej, której ja nie znałam. Kobieta ta miała mieć wielki biust, który owa podchmielona już znajoma obrazowała rękami zakreślając na wysokości swojej klatki piersiowej okrągłe kształty. Miała też być ta trzecia osoba taka dziwna i sztuczna i “no mówię ci, dobrze, że jej nie znasz”.

Cóż, poznałam ją po pewnym czasie i od początku postrzegałam przez pryzmat tej oceny - cycki, sztuczność i dziwność. I nieważne, czy było to dalekie od prawdy czy nie.

Co jednak było najgorsze, to to, że owa demonstrująca kształty znajoma, gdy jej to przypomniałam, wyparła się tego całkowicie. Nie, ja na pewno tak nie mówiłam. Nie, że ma biust duży? Nie, nie zwróciłam na to uwagi. W ogóle lubię tę laskę.

No i zonk, ucieleśnienie niewinności i życzliwości wobec bliźniego. Nie mam niestety zwyczaju nagrywać konwersacji, ale chyba czasami trzeba.

Albo uważać niektórych za głupich, bo nie wiedzą, co mówią.

Albo nie dopuszczać ich zbyt blisko.

Tak że ten. Są na niebie i ziemi historie, o któych się nie śniło nie tylko filozofom, ale w ogóle nikomu. Udanej komunikacji, misiaczki, wam w ten czwarteczek życzę!

O miłości do Polski i nie tylko

Autor tego posta - nieodkryty jeszcze poeta - jest egzotycznym przybyszem zza wielkiej wody, człowiekiem żyjącym na pograniczu dwóch kultur, wychowanym w kraju kolorów i słońca, gór, dżungli i plaż nad Pacyfikiem, obywatelem potężnego państwa, obieżyświatem, podróżnikiem - i jest zakochany w Polsce. W przeddzień opuszczenia Europy odbył nostalgiczną podróż i opisał to tak:

„Żelazny wagon pędzi ze stukotem przez zmęczone słońcem równiny, niosąc moją strapioną duszę przez pejzaż, w którym złoto konającego lata ustępuje miejsca chłodnemu, bursztynowemu westchnieniu jesieni. Gdy rzewne frazy skrzypiec Vivaldiego splatają się z rześkim, porannym powietrzem, czuję się, jakby ktoś magicznie przeniósł mnie w sam środek wspaniałego XVIII wieku. Jestem niczym elegancki podróżnik z czasów Mozarta na szlaku, który wiódł przez arystokratyczny Wiedeń, cesarski przepych Budapesztu i dumną Warszawę, by wreszcie sprowadzić mnie na ten ostatni, jakże romantyczny trakt ku królewskiemu południowi.

A jednak pod tym całym blichtrem kryje się tkliwy żal, bo to przecież moja słodko-gorzka podróż pożegnalna z miłością mojego życia - moją królową, Polską. Gdy pociąg sunie przez samo jej serce, ona w każdym złocistym polu i cichej wiosce przywdziewa swoje najpiękniejsze szaty. Szepcze mi do samej głębi duszy, przypominając z każdym kolejnym kilometrem, dlaczego tak bezpamiętnie się w sobie zakochaliśmy. Na samym końcu drogi czeka na mnie jej majestatyczny, królewski gród w całej swej ponadczasowej krasie — jego dostojne wieże otulone są poetycką mgłą romantycznego, jesiennego zmierzchu, gdzie uściskam ją mocno po raz ostatni.”

W duszy twardziela odkryłam delikatne, emocjonalne struny, które tu właśnie zostały poruszone.

Tak że ten. Spójrzcie czasem na to, co nas otacza, takimi właśnie oczami. Udanej niedzieli, misiaczki!

O gumowych kaczuszkach i nie tylko

Więc tak. Córeczka przewiozła mnie i swoją siostrę z punktu A do punktu B. Etapy podróży były następujące:

1. Długa dyskusja, kto jedzie z tyłu. (Wygrałam.)
2. Odgruzowywanie tylnego siedzenia z papierów, kopert bąbelkowych (babcia kiedyś dała), zmiętych chusteczek i starych paragonów (porada lekarska 250 zeta).
3. Przy okazji została znaleziona niebieska gumowa kaczuszka (piszczała głośno i przeraźliwie). Jak wiadomo, niebieskie gumowe kaczuszki są niezbędne w samochodzie.
4. Dojechałyśmy z punku A do punktu B.

Czas podróży - 5 minut. Emocje jak podczas lotu w kosmos.

Tak że ten. Pamiętajcie o kaczuszkach i cieszcie się piątkiem, robaczki!

O zaproszeniach, słowach bez znaczenia i nie tylko

Historia absurdalna. Prawdziwa.

On: Jedź ze mną do Krakowa w niedzielę, w poniedziałek przyjeżdża mój syn, chciałabym, żebyś go poznała. Pochodzilibyśmy po Krakowie w niedzielę…

Jej się nie chce za bardzo ani jechać do Krakowa, ani spędzać niedzieli gdzieś daleko od domu.

On mówi dalej: Wsiądziesz do pociągu po drodze, ja wsiądę w Poznaniu, ty dosiądziesz się w Kościanie. Będzie fajnie, posiedzimy na rynku, jedź ze mną!

Ona po rozważeniu wszystkich za i przeciw, po wewnętrznej rozkminie: Wiesz, może to nawet dobry pomysł, dawno nie byłam w Krakowie. Pojadę z tobą w niedzielę, wrócę w poniedziałek.

Tego samego dnia on kupuje bilet.

Jeden.

Na pociąg, który nie jedzie przez Kościan, tylko przez Krotoszyn (druga trasa pkp na linii Poznań-Kraków). Tak jakby za wszelką cenę chciał uniknąć nawet możliwości wspólnej podróży.

Temat umiera. Tak po prostu. Nie będzie wycieczki do Krakowa. Nie ma żadnego „jedźmy razem z Poznania”, żadnego „spotkajmy się w Krakowie w samo południe”, nic.

Ona do dziś czuje się - hmmm, dziwnie. Upokorzona, bo już zaczynała się cieszyć na ten wspólny wyjazd. A tymczasem to były tylko słowa bez znaczenia rzucone w przestrzeń. Wtf?

Tak że ten. Samych prawdziwych i szczerych propozycji wam życzę na tę środę, robaczki!

O planach na przyszłość, życiu po życiu i nie tylko

Nie wiem, czy to kwestia kategorii wiekowej, w której się obracam, ale często rozmowy ze znajomymi 50 plus schodzą na tematy funeralne.

I tak na przykład Ex kilka razy opowiadał mi, co zostawi swoim dzieciom (mieszkanie w młynie, co prawda z kredytem hipotecznym, ale nie bądźmy drobiazgowi), a przede wszystkim, co jego dzieci odziedziczą po swoich dziadkach, teściach Exa, którzy mieli szczęście dorobić się w czasach komunizmu. Z drugiej strony, planował chyba żyć wiecznie, bo mając 54 lata w rozmowie z przyjacielem ustalili, że to dopiero połowa ich życia, może zatem zdąży kredyt na mieszkanie spłacić. Zważywszy na ciągłe kombinacje rządu niemieckiego z wiekiem emerytalnym, istnieje szansa, że do tej setki (stu lat) będzie też pracował.

Mój francusko-hiszpański przyjaciel również powiedział mi, co chciałby, aby zrobiono z jego prochami i pokazał mi most nad Gwaldakiwirem, z którego mają być rozsypane. Jeżeli dożyję tego momentu i nadal będziemy przyjaciółmi, być może ja będę musiała ten temat ogarnąć.

Amerykański przyjaciel z kolei chciał tylko wiedzieć, czy jego rodzina ma mnie poinformować o jego odejściu z tego świata, ponieważ jednak jest on młodszy ode mnie, to może ja będę pierwsza.

Co do mnie, program mojego przyszłego pogrzebu jest już prawie gotowy, zapowiada się dość atrakcyjnie (na razie nie zdradzam szczegółów), więc w razie czego przybądźcie. Mam nadzieję, że córeczki nie sprzeniewierzą się mojej ostatniej woli.

Tak że ten. Wybaczcie mi takie podejście do tematu, ale zazwyczaj mój strach oswajam w ten sposób. A póki dane jest nam być na tym świecie, korzystajmy z uroków deszczowego wtorku. Prawda, misie pysie?

O okularach, smokach i nie tylko

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Podobno.

Cóż, dla mnie niewątpliwie tak. Nie tylko mam koszmarną wadę wzroku z niedowidzeniem lewego oka, ale dodatkowo zazwyczaj noszę upaćkane okulary.

W sumie po co sobie ułatwiać życie.

Ale trafiło mi się w życiu dwóch lub trzech potencjalnych bojfriendów, którzy wpatrywali się w moje oczy i w końcu mi te okulary zdejmowali i je myli. Jeden nawet podarował mi pudło z chusteczkami do okularów. Których rzecz jasna nie używam.

I tak sobie myślę, że to dobry test na bojfrienda. Mój książę nie musi zabijać smoka, wystarczy, że umyje mi okulary.

Z drugiej strony, czasami naprawdę lepiej pewnych rzeczy nie widzieć…

O jagodach, jagódkach i nie tylko

Dawno dawno temu, gdy byłam jeszcze najmniejszą śrubką w rodzinnym okręcie (no, poleciałam z metaforą), kulinarną oprawą rodzinnych pięcioosobowych świąt zajmowała się babcia, za aprowizację zaś odpowiadała mama. Co roku babcia otrzymywała zatem między innymi pokaźny worek maku, niezbędnego składnika makowca.

I co roku tego maku w makowcu było jakby coraz mniej.

Przepytywana na tę okoliczność babcia zawsze tłumaczyła, że maku jest na pewno więcej na drugim końcu makowca - bo tak się ułożył.

Cóż, nie, na drugim końcu makowca maku więcej nie było. Po pół wieku zagadka znikającego maku nie została rozwiązana.

Tymczasem oto dziś w moim życiu pojawiła się jagodzianka, w której obfitość jagód jest nie tylko na obu jej końcach, ale też w środku. Mój ojciec, koneser jagodzianek poznańskich, kupował zawsze - jego zdaniem najlepsze - w renomowanej cukierni z literką K w nazwie. I mimo tej renomy tamte jagodzianki były jak babci makowiec - więcej nadzienia miało być rzekomo z tej drugiej strony, nie tam, gdzie gryziesz. Otóż nie było.

Ta nasza, lokalna, miejscowa, jest Jowiszem Układu Słonecznego jagodzianek, Everestem jagodowych Himalajów, argentynozaurem jagodowego Parku Jurajskiego czy czarną dziurą GaiaBH1 wchłaniającą wszystkie jagody w odległości tysiąca pięciuset lat świetlnych.

I do tego kruszonka.

Moja aplikacja do liczenia kalorii, do której dodałam dzisiejszy dowód przestępstwa kalorycznego, najpierw się popłakała, a potem się zawiesiła i odmawia współpracy.

Na domiar złego, przypomniały mi się też pierogi z jagodami… polane śmietaną…

Tak że ten. Nie spocznę do końca jagodziankowego sezonu, czego i wam życzę. Dobrego wieczoru, jagódki!

Jakby co, @novopolska w czwartki.

O skakaniu w stodole, traktorach i nie tylko

Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto skacząc z góry siana w stodole nie nadział się na widły. Na szczęście tylko stopą, ale to i tak atrakcja.

Albo dla kogo największą przyjemnością była przejażdżka traktorem. A samo wejście na kombajn to było dopiero osiągnięcie.

Wakacje na wsi. Niby Poznań, ale tam były pola, traktory, wozy drabiniaste, prawdziwe żniwa i prawdziwe krowy. I wielka drewniana stodoła. I stary dom z cudownym strychem, na którym w pewne wakacje odkryłam kartony pełne starych książek, czasem bez stron tytułowych. Jedną zidentyfikowałam jako „Piętnastoletniego kapitana” Juliusza Verne’a, a druga opowiadała o tym, że w czasie okupacji dziewczynka utrzymywała rodzinę piekąc ciasteczka z fasoli. Bardzo dydaktyczna historia, niestety jej tytuł uleciał z mej pamięci.

Któregoś lata na polu za domem, przy torach kolejowych Poznań Franowo, zerwała się sieć energetyczna. Coś tam zaczęło się palić, ktoś chyba poszedł dzwonić po straż pożarną, strach podejść, bo to jednak prąd… aż tu nagle widzimy pędzącą dużymi susami przez pole w stronę ognia - zakonnicę w jasnoszarym habicie z wiadrem wody. Wszyscyśmy oddech wstrzymali, a ona chlast! wodą i ogień ugasiła. Fachowiec.

Kleszcze? Zapomnijcie. Alergie? Zapomnijcie. Jadło się chleb z cukrem i racuchy z jabłkami pieczone na fajerkach.

A na zdjęciach na górze dowód na to, że rolnictwo mam we krwi, acz objawiające się nienachalnie. Legenda głosi, że tylko na tym wozie byłam uprzejma cokolwiek konsumować.

Tak że ten. To se ne vrati, jak było napisane na budynku starej drukarni vis à vis IX Liceum we Wrocławiu. Było pięknie. Piękne czasy, piękni ludzie. I tylko takich wam w ten piątkowy wieczór życzę!

O starych filmach, językach obcych i nie tylko

Tak mi się trafiło przy niedzielnym przeglądzie oferty telewizyjnej. Na jednym programie król Władysław Jagiełło spoglądał na rzucane u jego stóp po bitwie pod Grunwaldem (1410) sztandary krzyżackie, na drugim dzielna czwórka (i pies) zdobywała Berlin (1945). "Krzyżacy" vs "Czterej pancerni i pies". Dziecko patrzące na telewizor mimochodem i z daleka nie zauważyło przeskoku o ponad pięćset lat i było przekonane, że to jest wciąż ten sam film. Dla tego pokolenia zakon krzyżacki i czołgiści z II wojny światowej są jednakowo odlegli w czasie.

Ale wy, którzy pewnie tych pancernych oglądaliście milion razy i mieliście w domu psa Szarika, czy zwróciliście uwagę na to, że kwestie wygłaszane po rosyjsku w ogóle nie były tłumaczone? Żadnych napisów ani nic? Tak oczywiste było to, że rozumiemy rosyjski, że nie trzeba było tłumaczyć. Co do kwestii po niemiecku, również nietłumaczonych, źli naziści mówili głównie "Hände hoch" i "Schneller", co każdy rozumiał i w podwórkowych zabawach odtwarzał bez zająknięcia.

Więc tak, rozumieliśmy, bez napisów, bez lektora.

Tak że ten. Oglądajcie więc czterech pancernych z cudną Marusią (“za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał” śpiewał Perfect w Autobiografii) i wspominajcie. Do "Krzyżaków" mam jakąś awersję, aczkolwiek idea rozłupywania orzechów włoskich pośladkami żyje gdzieś w mojej pamięci (dla przypomnienia cytat z powieści: Jagienka to „niewiasta, co niedźwiedzia oszczepem w boru podeprze, a orzechów nie potrzebuje gryźć, jeno je na ławie ułoży i z nagła przysiędzie, to ci się wszystkie tak pokruszą, jakobyś je młyńskim kamieniem przycisnął”).

Dobrej niedzieli, kochani.

O wydalaniu, priorytetach i nie tylko

To zabawne, a zarazem smutne, jak doświadczenia - najczęściej przykre lub traumatyczne - które zbieramy przez życie, o których już pewnie dawno powinniśmy zapomnieć, wracają do nas jak bumerang przywołane podobnym słowem czy sytuacją.

Ja - niestety - pamięć do przeszłych wydarzeń mam znakomitą, więc też większą szansę na to, że owa przeszłość mnie przygwoździ, i to wbrew intencjom mojego rozmówcy.

Sytuacja wyjściowa sprzed ponad pół wieku wyglądała bowiem tak: dzwonię do mężczyzny mojego życia, miłości mej romantycznej, on odbiera telefon i zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, słyszę powiedziane zgoła nieromantycznym tonem:
- Nie dzwoń teraz, sram.

Sram.

Wiele lat później, inny mężczyzna również mojego życia, również pełen romantycznych ochów i achów, anioł moich dni i moich nocy, w środku przyjemnej pisemnej konwersacji pisze:
- Nie pisz teraz, idę robić kupę.

Kupę.

Być może było to niewinne, być może chciał uprzedzić, że odpisze za trzy godziny - jak wiadomo, faceci kochają celebrować wydalanie, być może było to napisane z niewidoczną intencją żartu, ale wspomnienie „sram” zmiotło mnie z planszy.

Kwestie wydalnicze, jak widać, są w życiu mężczyzn mojego życia bardzo istotne.

I całkiem niedawno - tym razem daleko od tematów ekskrementów - słyszę w telefonie:
- Nie dzwoń teraz, chcę obejrzeć podcast.

Można powiedzieć, że na liście priorytetów moich romantyków plasuję się gdzieś bardzo bardzo bardzo daleko. W niemieckich czasach przede mną była praca, była żona, dzieci, przyjaciółka, sąsiedzi i motocykle (Ex był na tyle elegancki, że kwestie toaletowe pominął). Może dlatego jestem przeczulona na tym punkcie.

Tym razem znowu poczułam się intruzem, przeszkadzającym w najbardziej podniosłych momentach życia moich oblubieńców.

Tak że ten, dziewczęta, obyście zawsze były top of the top, choćby się mieli - za przeproszeniem - zesrać i musieli obejrzeć podcast jeszcze raz. Dobranoc, misiaczki.

O najmilszym rodzaju uśmiechu i nie tylko

Na pewno to znacie.

Siłownia. Wielkie, metalowe maszyny, ściszone głosy, światło przefiltrowane przez żaluzje, jakaś muzyczka w tle.

Dzisiaj koło mnie ćwiczył sobie sympatyczny chłopaczek lat około dwudziestu. Obydwoje robiliśmy ramiona, ja biceps, on triceps. W czasie przerw między seriami ćwiczeń - oczywiście, jak my wszyscy - bawił się telefonem. I co jakiś czas uśmiechał się do tego telefonu w rozbrajający, uroczy sposób.

Znam ten uśmiech. Kiedy dostaję TĘ jedną wiadomość od TEJ jednej ważnej osoby, kiedy w TEJ wiadomości są TE słowa, na które czekam - wtedy się tak uśmiecham.

Tak jak wtedy, gdy w czasie porannych zajęć dostałam króciutkie nagranie głosowe po hiszpańsku. Udało mi się je rozszyfrować. Dzień zrobił się piękniejszy.

W takich momentach dostaję skrzydeł.

Tak że ten. I tylko takich wiadomości i takich uśmiechów wam przy deszczowym poniedziałku życzę.

O przyjemnościach płynących z bólu i nie tylko

Po drodze nad jezioro mijam tabuny biegaczy i stada rowerzystów. Albo na odwrót. Piękne, ale czuję ból nóg od samego patrzenia na nich.

(Mały nawias - na Majorce w upalne marcowe dni mijaliśmy również watahy rowerzystów i mój niemiecki towarzysz - niebędący ich fanem - zawsze pytał, dlaczego oni to robią. Zaczęliśmy więc nazywać rowerzystów słowem “warum” i mówić - uważaj, warumy jadą. Vorsicht, die Warum sind unterwegs! Do dzisiaj tak ich nazywam.)

Wracając do bólu - jestem fanką masochizmu. Na siłowni dopiero ból powstrzymuje mnie przed dokładaniem ciężaru. Następnego dnia jestem szczęśliwa, gdy nie mogę chodzić albo bolą mnie plecy. W salonie kosmetycznym zawsze chcę, żeby bolało. Żadne tam mizianie czy głaskanie, ma boleć, kłuć, przebijać skórę, tylko wtedy wierzę, że działa.

Poza tym boli tęsknota, boli niepewność i niepokój, boli nawet pamięć. Emocje mnie bolą. A czasem głowa, ucho albo ząb.

Póki jednak boli, to znaczy, że coś się dobrego dzieje - że rosną mięśnie, że produkuje się kolagen, że czuję mocno i głęboko - kocham, lubię, tęsknię.

Tak że ten. Udanego wejścia w nowy tydzień, robaczki, i żeby wam nigdy nurofenu nie zabrakło.

O słowach, słówkach, poezji i nie tylko

Jest poetą, mówi do mnie pięknie.

Taka bajka:
- Kocham cię… - (serce czuli mi się nieprzytomnie, tak tak, kochaj mnie)
- Powiedziałem przyjacielowi, że się żenię… - (przeglądam sukienki ślubne dla 50+)
- Będę tu zawsze dla ciebie, obiecuję… - (czuję się wyjątkowa, bo on nigdy nie używa słowa “obiecuję”)
- Chcę zamieszkać w Polsce, zbudować tu dom… - (przeglądam przepisy prawne, żeby wiedzieć, jak to zrobić)
- Pojedźmy gdzieś, zróbmy sobie krótki urlop od czwartku do niedzieli, wezmę wolne w pracy… - (studiuję oferty lotów i hoteli w miłych miejscach)

I rzeczywistość:
- …ale jak przyjaciółkę. (Aha.)
- …ale ja nie chcę się żenić. (Aha.)
- …ale najpóźniej we wrześniu będę już daleko. (Aha.)
- …ale tam daleko mam rodzinę, wszystkich, których kocham. (Aha.)
- …ale w czwartek firma umówiła mi lekarza, nie mogę, a w piątek pracuję. (Aha.)

Wierzę w słowa. Jestem językowcem, mam ucho wrażliwe na słowa, na ich brzmienie, na intonację, z jaką są wypowiadane, i na jego oczy, patrzące na mnie, gdy je mówił. Wierzę, że słowa służą do komunikacji. I wierzę - niestety - że nawet bez słowa “obiecuję” powinno się ich dotrzymywać. Jeden jedyny raz w życiu nie dotrzymałam słowa, było to dwadzieścia pięć lat temu i - uwierzcie mi - do tej pory mnie to uwiera i gniecie.

Ale mimo wszystko wierzę, że w jego słowach była prawda. Za każdym razem inna, ale prawda. Jak to u emocjonalnych, poetyckich dusz.

Tylko że ja się w tym pogubiłam.

Tak że ten, robaczki. Trzymajcie, proszę, kciuki, żebym odnalazła - i siebie, i jego.

O uprzejmych konwersacjach i nie tylko

Dawno temu, gdy byłam młoda, piękna i prawie szczęśliwa,  miałam możliwość trenowania z najlepszym trenerem osobistym, na jakiego wtedy mogłam trafić. Jak wyglądały nasze głębokie, filozoficzne konwersacje w czasie treningów?

Najczęściej używane w czasie treningów słowo - oczywiście oprócz: „Ty wszystko wiesz!”, „Jakie to wspaniałe ćwiczenie, Trenerze!” czy „Jak ty to pięknie pokazujesz!” (lol) - było zupełnie inne.

Otóż:
- Weźmiemy sobie hantle pięć kilo.
- Spierdalaj.

- Dalej, szerszym łukiem te rozpiętki (a mi już bark wypada ze stawu. Albo na odwrót.)
- Spierdalaj.

- Łokieć bliżej ciała, no mówię przecież!
- Spierdalaj.

- Dajesz, dajesz, jeszcze trzy serie! (Równie dobrze mógłby powiedzieć trzysta.)
- Spierdalaj.

Nie byłam najuprzejmiejszą podopieczną trenera. Co mi zresztą brutalnie uświadomił - "miano najuprzejmiejszej podopiecznej zdobywa… no niestety ktoś inny".

Tak że ten. Teraz ćwiczę sama i - uwaga - sama siebie wyzywam tymi samymi słowy. Rzeczywiście, nie jestem najuprzejmiejsza.

O klopsikach, sznycelkach i nie tylko

We wczesnym dzieciństwie spędzałam dużo czasu u moich dziadków w starej kamienicy w centrum Wrocławia. Nazwiska jej mieszkańców - Onyszko, Połdyna, Bahrynowski, Kargol - brzmiały normalnie i swojsko, i dopiero po wielu latach zdałam sobie sprawę, że to nazwiska - z Ukrainy. Wychowałam się zatem w enklawie repatriantów ze Lwowa, których tak zwani “Moskale” w maju 1945 roku z dnia na dzień wyrzucili z ich domów i wygnali tysiąc kilometrów na zachód. Dziadkowie spakowali pierzynę, 10-letniego syna i moją dwumiesięczną mamę i przez trzy tygodnie jechali na Ziemie Odzyskane w bydlęcym wagonie. Sąsiedzi dziadków mówili ze śpiewnym akcentem, używali słów typu “batjar” (z mięciutkim “tj”), "garczek" lub “myszygene” i gotowali po wschodniemu. Szczepcio i Tońcio w pełnej krasie (dle niekumatych - przedwojenne filmy z lwowskimi gwiazdami kina),

To, co trzymam w dłoni na zdjęciu, nazywało się u babci “sznycelkiem”, a nie “kotletem mielonym”. Tenże sam sznycelek w sosie zamieniał się cudownie w “klopsika”.

Ostatnio moja dzielna młodzież przygotowała takie właśnie sznycelki, a że nie było jajek, dodali masła i chyba powinni to opatentować, bo dzieło wyszło znakomite i delikatne jak puch, chrupiące i rozpływające się w ustach (i w paszczach piesków asystujących). Wybitne.

A mnie ten smaczny drobiazg przypomniał wysokie mieszkanie przy Nowowiejskiej 103/4, trzeszczące podłogi (w stropach była trzcina), numer telefonu dziadków 22-93-59 (że też wciąż pamięć przechowuje takie szczegóły), kuchnię z ogromnym stołem, pod którego blatem było miejsce na stolnicę (kto jeszcze dzisiaj używa stolnicy?), i skwierczenie sznycelków na patelni. A na deser - poziomki ze śmietaną. Po poziomki szło się do ogródka dziadków szutrową drogą koło kościoła na Bujwida w kierunku Odry, a po śmietanę, gęstą jak masło, cudownie białą, do tak zwanej "baby" na targ na placu Grunwaldzkim, gdzie dziś stoi ogromna galeria handlowa.

Eeeeech.

Tak że ten. Cytując Villona, poetę przełomu średniowiecza i renesansu - "ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi". Dobrego wieczora, misie pysie!

O dziurach w ścianie i nie tylko

Strawestuję Bareję: “Wiesz, co robią te dziury? One odpowiadają żywotnym potrzebom tego domu. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić.”

No ale się przyczepił. Moja prywatna służba bezpieczeństwa, lat 28, wpadła mi do domu i zarządziła: “No zrób coś wreszcie z tymi dziurami! Kiedyś to byś od razu zrobiła z tym porządek! Zaszpachluj, pomaluj. I ściana ci pęka na górze.” Et caetera.

Poczułam się stara i zniedołężniała. Bo kiedyś to ho, ho, zaraz by wszystko było piękne, białe i nieskazitelne.

Zanim się jednak pogrążyłam w kontemplacji nieuchronnego schyłku mojego życia, przypomniała mi się lekcja z moim francuskim studentem, lat 26, z którym rozmawialiśmy o wieku emerytalnym i on, w swej młodzieńczej naiwności, stwierdził, że ja muszę mieć jeszcze dużo lat do emerytury. Informację, że tylko cztery, przyjął z uroczym niedowierzaniem. Zwalam to na karb jego ewidentnej młodości i niedoświadczenia.

Przypomniało mi się też, jak mój przyjaciel widząc mnie na FaceTimie, zakrzyknął radośnie: “Beti, wyglądasz najwyżej na 45 lat”, co mnie skonfundowało w drugą stronę, bo czuję się na 35.

Tak czy siak, od razu zakupiłam szpachlę, białą farbę i spray na pleśń do łazienki. Z córeczką lepiej nie zadzierać, przyjedzie i skontroluje, jakby co - będę gotowa.

Chociaż te dziury, jak wiadomo, to nie jest moje ostatnie słowo. Podobnie jak dr House, lubię bawić się wiertarką.

Notabene, najmłodsza progenitura też idzie w stronę kontrolująco-opresyjną i tylko średnia ma mój charakter pasikonika bezmyślnie i beztrosko hasającego po łące. Jak się te geny dziwnie układają czasami.

Tak że ten. Życzę wam, mróweczki i pasikoniki, gładkich ścian i beztroskiego wieczoru!

Albo wieczora, jak kto woli, obie formy są poprawne.

O dziurach w ścianie i nie tylko

Strawestuję Bareję: “Wiesz, co robią te dziury? One odpowiadają żywotnym potrzebom tego domu. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić.”No ale się przyczepił. Moja prywatna służba bezpieczeństwa, lat 28, wpadła mi do domu i zarządziła: “No zrób coś wreszcie z tymi dziurami! Kiedyś to byś od razu zrobiła z tym porządek! Zaszpachluj, pomaluj. I ściana ci pęka na górze.” Et caetera.Poczułam się stara i zniedołężniała. Bo kiedyś to ho, ho, zaraz by wszystko było piękne, białe i nieskazitelne.Zanim się jednak pogrążyłam w kontemplacji nieuchronnego schyłku mojego życia, przypomniała mi się lekcja z moim francuskim studentem, lat 26, z którym rozmawialiśmy o wieku emerytalnym i on, w swej młodzieńczej naiwności, stwierdził, że ja muszę mieć jeszcze dużo lat do emerytury. Informację, że tylko cztery, przyjął z uroczym niedowierzaniem. Zwalam to na karb jego ewidentnej młodości i niedoświadczenia.Przypomniało mi się też, jak mój przyjaciel widząc mnie na FaceTimie, zakrzyknął radośnie: “Beti, wyglądasz najwyżej na 45 lat”, co mnie skonfundowało w drugą stronę, bo czuję się na 35.Tak czy siak, od razu zakupiłam szpachlę, białą farbę i spray na pleśń do łazienki. Z córeczką lepiej nie zadzierać, przyjedzie i skontroluje, jakby co - będę gotowa.Chociaż te dziury, jak wiadomo, to nie jest moje ostatnie słowo. Podobnie jak dr House, lubię bawić się wiertarką.Notabene, najmłodsza progenitura też idzie w stronę kontrolująco-opresyjną i tylko średnia ma mój charakter pasikonika bezmyślnie i beztrosko hasającego po łące. Jak się te geny dziwnie układają czasami.Tak że ten. Życzę wam, mróweczki i pasikoniki, gładkich ścian i beztroskiego wieczoru!

Dowiedz się więcej »