Witaj u mnie

Cieszę się, że tu jesteś! 

Najnowsze posty z mojego świata

"Posłuchaj chwilę i uwierz we mnie. Nie ma powodu dla mojego pisania. Piszę tylko dlatego, że jest we mnie głos, który nie chce ucichnąć." (Sylvia Plath)

"Tak więc, czytelniku, ja sam jestem materią mej książki; nie ma racji, abyś miał używać swego czasu na tak niepoważny i błahy przedmiot." (Michel de Montaigne)

O muchach, ziemniakach i nie tylko

Zdarzyło wam się przejechać kilkadziesiąt kilometrów z muchą w samochodzie? Zawsze wtedy martwię się, że na tę muchę ktoś czeka, jakaś matka, mąż, dzieci, a tymczasem ona odjeżdża tak daleko i pewnie nigdy do nieutulonej w żalu rodziny nie wróci.

Możecie się śmiać, ale nie jestem jedyna. Ostatnio na Threadsach ktoś opisał dokładnie to samo uczucie. A pod wpisem był tryliard komentarzy od takich samych odklejeńców, w tym jeden, który rozbił bank - laska napisała, że w takiej sytuacji tłumaczy tej muszce, że jedzie na Erasmusa. Kocham takie poczucie humoru.

Mam też tak, że nigdy nie zabijam pająków i po deszczu zbieram z chodnika ślimaki i przenoszę na trawnik. Zawsze kupuję osierocone, pojedyncze banany patrzące smutno na grupy kolegów.

Wczoraj poszłam jednak dalej w mojej warzywno-owocowej empatii. W moim Dino ziemniaki wysypywane są do skrzynki z dużych worków. I te worki tam sobie w tej skrzynce leżą z ziemniakami. Wybrałam swoje trzynaście ziemniaków (zawsze kupuję trzynaście, nie pytajcie dlaczego, to jakaś forma autyzmu), ale dostrzegłam, że w worku zaplątał się jeden mały, ostatni kartofelek. Wyobraźcie sobie, że przed pójściem do kasy wróciłam do tej skrzynki, żeby go z tego worka wydobyć, bo przyszło mi na myśl, że wyląduje na śmietniku razem z pustymi workami, bo kto zaprzątałby sobie głowę sprawdzaniem, czy nic w środku nie zostało. Można powiedzieć, że uratowałam mu życie. Liczę na wdzięczność ziemniaczanej społeczności.

Tak że ten. Dobrego dnia!

O stołach i nie tylko

Gdzieś taki tekst podpatrzyłam.

“What do you bring to the table?”

“Co przynosisz do stołu?”

Czyli co wnosisz do relacji? I nie, jak się domyślacie, nie chodzi o to, kto przynosi wino, a kto zamawia pizzę.

Nauczyłam się zarządzać, organizować, decydować samodzielnie w świecie stworzonym dla dwojga. Pracuję, zapewniam byt, finansuję, planuję, naprawiam, chronię, obmyślam strategie i sprawiam, że rzeczy się dzieją. Ba, wymieniam żarówki i wieszam obrazy.

Jestem wsparciem, magią świąt, rodzinną terapeutką i osobą, która trzyma to wszystko w ryzach.

Ja nie tylko dokładam coś od siebie do wspólnego stołu.

To ja, do cholery, jestem tym stołem.

Tak że ten. Jestem stołem jak wy wszystkie, moje kochane dziewczyny. Niezłe osiągnięcie, co nie?

O poszukiwaniach, Koziołku Matołku i nie tylko

Otóż córka stryjecznego wuja szwagra mego drugiego męża - w zasadzie rodzina, prawda? - w poszukiwaniu miłości swego życia założyła sobie, a właściwie odświeżyła tindera. I po kilku dniach trafiła, o zgrozo, na swojego byłego, który ją porzucił nagle i nieoczekiwanie.

I wiecie co? Na swoim profilu ów były opisał, jakiej kobiety poszukuje. Mądrej, ciepłej, z pozytywną energią, która lubi się śmiać, z którą będzie pić wino na tarasie.

Jednym słowem - szukał jej, właśnie jej, tejże właśnie córki stryjecznego wuja szwagra mojego drugiego męża. Tymi właśnie przymiotnikami on określał ją w czasach, gdy ich związek był jeszcze szczęśliwy i rokujący. I gdy pili wino na tarasie.

Powiedziała mi, że przede wszystkim zrobiło jej się przykro. Bo dlaczego szuka tego, co odrzucił? Albo dlaczego odrzucił to, czego w istocie szukał? A powiem wam, że córka stryjecznego wuja szwagra jest naprawdę taką osobą - błyskotliwą, ciepłą, pozytywną i zabawną, nic dodać, nic ująć, opis w profilu pasował do niej idealnie.

Cóż. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to cytat z Koziołka Matołka: “i znów poszedł, biedaczysko, po szerokim szukać świecie tego, co jest bardzo blisko”. Jakoś dziwnie mi nie żal tego Matołka. Matoła w istocie, excusez le mot.

Tak że ten. Dobrego popołudnia, misiaczki!

O seksizmie, śrubkach i nie tylko

O tym, jak wpadłam w sidła genderowych stereotypów.

Wiecie, gdzie się kupuje śrubki, gwoździe, złączki, rurki, uszczelki, wkręty i kołki? W sklepie metalowym. (W Kruszwicy kupowało się tam też pieluchy tetrowe. Wtf?)

W moim mieście w sklepie metalowym pracuje trzech panów w poważnych szarych fartuchach, którzy z miliona pudełek na półkach wybiorą co trzeba. Nawet jak im powiesz, że potrzebujesz „tegesa, żeby to tamto zategować" - oni będą wiedzieli.

Jakiś czas temu zostałam przez fachowców oddelegowana do takiego sklepu w Poznaniu. Z listą bardzo ważnych zakupów. Wchodzę, widzę faceta na środku, podbijam radośnie z moją listą - a to byt klient.

I co? Całą obsługą sklepu były kobiety. Młode laski, wcale nie w fartuchach, i też wybierające bezbłędnie z pierdyliarda pudełek maluteńkie tegesy.

A przy kasie pani dla pewności mierzyła te śrubki - suwmiarką.

Więc padłam ofiarą własnego seksizmu szukającmęskiej obsługi w takim sklepie. To po pierwsze. 

Ale po drugie, przypomniało mi się, jak w ósmej klasie szkoły podstawowej w ramach zajęć ZPT (pamiętacie? Robiliśmy sałatki, szaliki na drutach i rysowaliśmy schemat elektrowni atomowej - pamiętam go do dziś!) chodziliśmy na warsztaty do pobliskiego technikum mechanicznego, gdzie ja na przykład nawijałam transformatory. Czy coś w tym stylu. I pewnego dnia opiekun praktyk zrobił konkurs na mierzenie suwmiarką. My kontra chłopaki z technikum.

Cóż, parafrazując pana Zagłobę - „jam go, nie chwaląc się, wygrała". Tak, ja.

Więc women's power jakby co.

Dobrego wieczora, kochani!

O zbiegach okoliczności, magii i nie tylko

Gdyby cztery lata temu moja przyjaciółka nie założyła mi tindera, nie poznałabym Niemca.

Gdybym nie poznała Niemca, nie odważyłabym się sama podróżować i nie nauczyłabym się niemieckiego (no, trochę).

Gdybym nie odważyła się sama podróżować, nie pojechałabym do Algarve (o którym opowiadał mi słowacki kursant, więc to też przypadek).

Gdybym w Algarve nie zerknęła na tindera, nie poznałabym przystojnego Portugalczyka, z którym rozmawiam - po niemiecku (Niemiec się przydał!).

Gdybym nie poznała Portugalczyka, nie poznałabym na nabrzeżu w Olhao jego przyjaciółki, Polki, malarki - i nie zobaczyłabym jej obrazu.

Gdybym nie zobaczyła tego obrazu - drugiego z serii Beach Girls - nie zakochałabym się w nim i nie stałby teraz u mnie gotowy do powieszenia na ścianie.

Są jeszcze inne „gdyby”, ale o nich innym razem.

Te ostatnie cztery lata to szczęśliwy zbieg zbiegów okoliczności, który doprowadził mnie do tego momentu, a „(...) pewne niesamowite zbiegi okoliczności i związki przyczynowo-skutkowe to magia na poziomie, którego nie możemy zrozumieć.” (S.B. Elfgren)

Tak że ten. Więc to magia.

O miłym wieczorze, "Frąs elegąs" i nie tylko

To był jeden z tych wieczorów, gdy „czas odmierzasz w kieliszkach wina […] W końcu robi się bardzo przyjemnie, a wieczór staje się wspaniały” (wyczytane).

Przy dużym stole na portugalskim tarasie siedziało troje Francuzów i ja - mój gospodarz, jego przyjaciółka Anne oraz mój przyjaciel Żak. Nie znaliśmy się wszyscy czworo w takim zestawie wcześniej, przypadkowe spotkanie rozwinęło się tu, przy tym stole na portugalskim zadupiu, przy sałatkach, jamón ibérico i dużej ilości wina.

Okazało się, że Żak i Anne pochodzą obydwoje z tego samego miasteczka pod Paryżem, więc zaczęli przerzucać się nazwami ulic i tymi wszystkimi „a pamiętasz?”, „a byłeś w..?”, „a znasz?”. Tak, pamiętali, byli, znali. Prawie się razem wychowywali. Może nawet mieli wspólną niańkę. My z gospodarzem śledziliśmy tę wymianę informacji jak piłkę na Roland Garrosie.

Ale w miarę jak ubywało wina, tematy stawały się bardziej - powiedziałabym - „France élégance”. Najpierw przerzucali się cytatami z Borisa Viana (taki pisarz, którego jedną powieść omiotłam spojrzeniem w czasie studiów) i pytaniami z gatunku „wymień trzy ulubione filmy Alaina Delona” (ja z trudem wydobyłabym jeden tytuł) albo „czy Romy Schneider lepiej wygląda w okularach czy bez”. Wiecie, quiz kulturowo-kulturalny dla obytego towarzystwa. Czyli nie dla mnie niestety.

I wyobraziłam sobie nas debatujących nad ulubionymi filmami Daniela Olbrychskiego, rzucających cytatami z Hłaski i oceniających fryzury Beaty Tyszkiewicz - na przykład.

Było to niezwykłe doświadczenie, urocze, eleganckie, elokwentne, zabawne, ale też inspirujące i intrygujące. Można w ogóle jeszcze tak rozmawiać? Bez polityki, narzekania na podatki, politykę Donalda Trumpa?

Co prawda, na drugi dzień Żaka bardzo bolała głowa i mógł siedzieć, a właściwie spać tylko w cieniu, ale to na pewno od tego buzującego w nim po tym wieczorze IQ.

Tak że ten. Portugalia, taras pod gwiazdami, wino (jak zwykle zbyt wytrawne dla mnie) i takie rozmowy - no czego chcieć więcej? Ściskam was, misiaczki.

O przeszłości, cudzych bajkach i nie tylko

Sobotnie popołudnie. Taras z deskami z egzotycznego drewna. Trawnik przycięty co do milimetra, białe hortensje wzdłuż płotu, woda w basenie skrzy się w słońcu. Kilkuletni syn rysuje kredą na chodniku fantastyczne, skomplikowane wzory. Grill się już nagrzewa, wino się chłodzi. On jest specjalistą od steków, wie dokładnie, czego dodać, czym posypać, kiedy obrócić. Będą dziś rozmawiać o tym, czy następnej wiosny zatrzymają się w Acudii czy bliżej Valdemossy na Majorce. A może Malediwy? Brazylia? Oboje ciężko pracują, te wyjazdy są im potrzebne. W niedzielę, jak zwykle, na obiad przyjdzie albo jej siostra, albo jego rodzice. Jest miło, rodzinnie, bywa romantycznie. Znają się jak nikt, poznali się w bardzo młodym wieku, połączyły ich pasje, podobne dzieciństwo, dorabiali się razem, tworzyli, budowali, raz było lepiej, raz gorzej, ale - udało się. Ludzie sukcesu.

Chcielibyście tak? Ten opis to summa historii z przeszłości opowiedzianych mi przez kilku moich bojfriendów.

Oni - męscy, zdecydowani, ogarniający rzeczywistość, dobrzy mężowie, wspaniali ojcowie, godni zaufania. Świetnie smażący steki. Usuwający pyłek spod stóp swoich żon. Spłodzili mądre, piękne dzieci.

Tylko że wszystkie te idylle zakończyły się katastrofą. Ale ja tak bardzo chciałam należeć do tego świata, przeżyć to samo, zjeść tego perfekcyjnego steka na tarasie z massaranduby popijając chardonnay, pojechać wiosną na Majorkę, że nie dociekałam, co poszło nie tak. I czyja to była wina. Pokochałam ich za ich przeszłość.

Tymczasem rzeczywistość trochę skrzeczała. I już nigdy nie dowiem się, czy żadne źdźbło trawy nie wystawało ponad inne, a wino miało odpowiednią temperaturę. Napawałam się ich bajką zamiast moją własną.

Tak że ten. Dobrego poniedziałku, kochani!

O eksach, mieszkaniach nad morzem i nie tylko

Niektórzy przecinają pępowinę szybko, niektórzy w gniewie.

Niektórzy nie wypuszczają się nawzajem ze swojego świata i pozostają przyjaciółmi. Często żyją w nowych związkach z cieniem starego w tle.

Niektórzy się niby nie lubią, ale jak trzeba pomóc, załatwić, ogarnąć, są pierwsi w kolejce - kupią i przywiozą nową pralkę, pomogą w rozliczaniu podatków, ba! dżemik domowej roboty podarują.

Taki rozrzut relacji z eksami prezentują znani mi mężczyźni.

Nie rozumiem tej "przyjaźni" z kimś, z kim byli w intymnych sytuacjach. Teraz ich byli są w tych samych sytuacjach z innymi, nowymi partnerami i nikomu zdaje się to nie przeszkadzać. Cóż, mnie by przeszkadzało. Nie rozumiem też tego zrywu do pomocy. Skoro tak się wszyscy lubicie, wspieracie, myślicie o sobie, na cholerę było się rozwodzić.

Czas tych relacji minął. Bezpowrotnie. Zostają wspomnienia, zdjęcia, dzieci, czasami wspólni znajomi. Wystarczy.

Jeden miły kolega, szczęśliwie rozwiedziony i niekontaktujący się z byłą żoną - co rzadkie i godne podziwu - zaskoczył mnie jednak niebywale. Wiązałam z kolegą plany romantyczno-matrymonialne, więc jego pomysł zakupu mieszkania nad morzem wyglądał jak gwiazdka z nieba. Wieczory na tarasie, basen na terenie osiedla, przestrzenie i połacie, i perspektywy wakacji do śmierci. Miło. Serce czuliło mi się nieprzytomnie, cytując Osiecką.

Poświęciłam zatem trzy dni urlopu, żeby z nim te mieszkania oglądać. Wszystkie prawie takie same, tak samo przez dewelopera wykończone, różniły się widokiem z balkonu oraz agentem lub agentką z biura nieruchomości.

I oto po obejrzeniu któregoś mieszkania z widokiem mocno zniechęcającym na parking, miły kolega wykonuje telefon i prowadzi mnie do mieszkania w tym samym budynku, klatkę dalej.

W mieszkaniu kobitka, myślę - agentka, i już już prawie zaczynam po tej chacie spacerować i w każdy kąt zaglądać, ale coś mnie tknęło - bo oto kolega otwiera sobie lodówkę jak gdyby nigdy nic, wyciąga wodę i pije z butelki. 

Po wyjściu i nieoglądnięciu mieszkania zażądałam wyjaśnień. No i wyszło szydło z worka - kobitka była jego eks - nazwijmy to - partnerką do uciech wiadomego typu i na tymże osiedlu mieszkała wakacyjnie. Bóg mnie strzegł, że nie zajrzałam jej do szaf i do kibla, a przede wszystkim, że nie otworzyłam paszczy i nie komentowałam dizajnu.

Kwestia tego, czy pani była rzeczywiście już "eks", czy może wciąż na topie, jakoś mnie już nie zajmowała. 

I tak runął romantyczny mit kolegi, którego posądzałam o świetny pomysł zakupu mieszkania nad morzem - z myślą o nas, o naszym wspólnym czasie. Tymczasem pomysł pewnie poddała mu ona, a bliskość jej pobytu w sytuacji, gdy ja miałabym mieszkać dwa bloki dalej, jakoś do mnie nie przemawia.

Temat mieszkaniowo-matrymonialny umarł, ale moje zdumienie wciąż żyje.

Tak że ten.

O szesnatolatkach, mediach społecznościowych i nie tylko

Pamiętacie siebie, gdy mieliście szesnaście lat?

Ostatnio dwóch nieznających się nawzajem facetów powiedziało o mnie, że zachowuję się jakbym miała 16 lat.

Dla jednego był to komplement, dla drugiego - krytyka.

Temu pierwszemu chodziło o to, że “niestosowne postępki, nierozważne słowa wydają się oznaką oryginalności, wdziękiem [mojego] ja” (a to Kundera) i że - jak Majka Skowron czy panna Ewa (kto pamięta?) - wciąż mam te szesnaście lat. Albo dopiero mam szesnaście lat, bo - uwierzcie mi - wcześniej miałam trzydzieści albo trzydzieści sześć. Że zachowuję się, jakbym była młodsza od moich córek i rzeczywiście, czasami widzę w ich oczach malujące się pytanie - "co nam matka znowu wywinie".

Ten drugi oceniający mnie facet - skądinąd czytający moje posty na instagramie - wyśmiał mnie, mówiąc, że kogo w ogóle interesują moje wpisy, ten pamiętniczek szesnastolatki, "mémoires d’une jeune fille rangée" ("Pamiętnik statecznej panienki" Simone de Beauvoir, ikony - skądinąd - feminizmu), głupiej i naiwnej pensjonarki. I że szukam atencji. Ale, kochany krytyku, do czegóż innego służy Instagram? Do rozliczania podatków?

No kurde, chyba nie.

Tak że ten. Fajnie mieć szesnaście lat, przecież wy też tyle macie. Prawie wszyscy.

O kotku, dobrych ludziach i nie tylko

Zostałam adoptowana przez kota. W Portugalii, w wioseczce pośrodku niczego.

Przyszło to takie chude, pierwszego dnia dało się pogłaskać i wylizało masło (kto pamięta “Ludwiczka” na Cartoon Network, ręka w górę), drugiego dnia już wlazło na mnie i gdy przestawałam głaskać, chwytało zębami za palce.

Kupiłam kotkową karmę, zjadło. Mruczało jak traktor po portugalsku, ocierało się, długim chudym ogonem owijało wokół nogi.

Potem znikało na pół dnia, ale gdy wracałam, czekało pod drzwiami. Trzeciej nocy spało już blisko łóżka.

Podobno zwierzęta wybierają tylko dobrych ludzi. Czuję się wybrana.

Tak że ten, udanego dnia, kotki!

O mostach, czasie i nie tylko

Nie, to nie Wrocław.

Po jednej stronie tego mostu jest Hiszpania i godzina 13. Po drugiej stronie tego mostu jest Portugalia i godzina 12. Wyobraźcie sobie, jakie to daje możliwości obchodzenia Nowego Roku.

Wczoraj przejechaliśmy ten most kilka razy, zmieniając czas i język. Co przypomniało mi czasy mojej świetlanej młodości, gdy przekroczenie granicy wymagało dokumentów, pozwoleń, poddania się kontroli i ocenie surowego wejrzenia pogranicznika. Wiz i zaproszeń od mieszkańca kraju jakiegoś zgniłego kapitalizmu. Paszportu, który nie był twoją własnością, tylko dobrem luksusowym, a jego wypożyczenie ci na czas podróży - jak i sama podróż - zależały od arbitralnej decyzji urzędnika.

Jeżeli ktoś zechciałby kiedykolwiek odebrać mi przywilej przekraczania takich mostów - przywilej niestary, bo może trzydziestoletni - bardzo bym się wkurwiła.

Excusez le mot.

Tak że ten. Miłej niedzieli, robaczki!

O pieskach, kotkach i i nie tylko

W pacholęcym wieku dziecko założyło sobie konto na jakimś tik toku, na którym zamieszczało zdjęcia piesków i kotków ściągnięte z Internetu. W ciągu kilku tygodniu uzbierało pięć tysięcy folołersów i - przerażone własną nieoczekiwaną sławą - konto zamknęło, a szkoda, bo może by dziś gromadziło tłumy na stadionach lub robiło karierę polityczną.

Co dowodzi tego, że ludzkość oczekuje treści łatwych, przyjemnych i na dodatek cute, najlepiej ze znikomą ilością tekstu do czytania, bo po co męczyć oczy.

Ja też to widzę - kiedy zamieszczam tak zwane “depresyjne posty”, tylko najwytrwalsi z was klikną serduszko, co naprawdę szczerze doceniam. Kiedy płynę z flow i piszę coś bardziej komediowego, lubi mnie dużo ludzi. Kiedy zaś wstawię rolkę z obciachowego podobno cap cuta ze mną w roli głównej (wiecie, blond grzywa nad czołem, okulary słoneczne dla podkręcenia looku, mina zdobywczyni świata), pojawia się rzesza fanów z - uwaga - Turcji, Iranu i innych krajów, do których nigdy nie pojadę. Co przypomina mi targi uniwersyteckie wiele lat temu, gdy o studia na turkologii pytały wyłącznie piękne, długowłose blondynki, jakby czuły nosem przyszłą popularność.

Co też przypomina mi radę wykładowczyni na zajęciach z przygotowania pedagogicznego dla nauczycieli - że nauczyciel musi być jak małpa. Musi utrzymać zainteresowanie publiki, rozbawić ją i jeszcze nauczyć, inaczej - klapa.

Wniosek - żeby być wysłuchanym, trzeba publikę rozbawić.

Kiedy więc usłyszałam niedawno radę od przyjaciela, żebym pisała o sobie takiej, jaka jestem, o całym czasami skumulowanym smutku, który jak kamień ciąży gdzieś w środku, musiałam wytłumaczyć mu, że gdybym to zrobiła, córki by się mnie wyrzekły, a na ulicy nikt nie mówiłby mi dzień dobry.

Tak że ten. Nie mam wyjścia. Buziaki na piękną środę!

O oświadczynach, diamentach i nie tylko

W moich tinderowych latach przydarzały mi się także - oświadczyny. Żadne z nich niestety nie były instagramowe, nie pozostały po nich piękne zdjęcia na tle zachodu słońca ani diamenty, ubolewam, ale cóż, moi mili koledzy z romantyzmem i diamentami się trochę nie lubili. Proponowali mi za to małżeństwo i wyjazd do Tennessee czy innej dziury za wielką wodą albo do innej dziury, ale pod Berlin, bo ktoś powinien zająć się matką staruszką. 

Za to dwie inne propozycje matrymonialne szczególnie utkwiły mi w pamięci.

Pewnej niedzieli miły kolega zadzwonił i uprzedził, że chce mi zadać ważne pytanie, ale przełącza telefon na głośnomówiący. No i padło sakramentalne “Czy wyjdziesz za mnie” z małym, ale istotnym dodatkiem “dzisiaj”. Dzięki mojej przytomnej odpowiedzi “Oczywiście, kochanie” niedoszły narzeczony wygrał dwie butelki coli od słuchających kolegów. Panny tych kolegów reagowały prośbą o czas do namysłu, a że może najpierw zamieszkajmy ze sobą, ale po co zaraz ślub… a ja, ze swoją gotowością, te panny przebiłam. Niestety, kolega nie podzielił się ze mną wygraną.

Innym razem ktoś całkiem mi bliski zapytał w czasie niewinnej kolacji, czy wyjdę za niego. Przyjmę jego nazwisko - skądinąd, wierzcie mi, piękne - a on dzięki temu będzie mógł legalnie zostać w Polsce, i nie, nie był to uchodźca o ciemniejszej karnacji skóry, tylko Amerykanin, który tak sobie po prostu nie może legalnie u nas na stałe przebywać, a małżeństwo ze mną otworzyłoby mu bramy do polskiego raju i wielkich możliwości.

Uwielbiałam go.

Teraz polecę Anią Shirley z “Ani na Uniwersytecie”, która na oświadczyny przyjaciela “odczuła, że drży, jakby stała nad skrajem przepaści. W życiu jej nastąpiła jedna z owych chwil, gdy przy nagłym przebłysku jaskrawego światła rozumiemy więcej, niż nauczyły nas wszystkie poprzednie lata.” Krótko mówiąc - że moja odpowiedź może zmienić moje życie o 180 stopni.

Co się jednak nie stało, bo oto oblubieniec dodał, że to taki kontrakt na pięć lat ma być. I - znowu cytując Anię - „gdzież podziało się owo dawno wymarzone, spodziewane uczucie dumy i tryumfu? Nie było go wcale. Pozostał tylko wielki, bolesny zawód […] oraz nagłe, niespodziewane uczucie upokorzenia.”

I chociaż po czasie zostałam przeproszona za tę nieśmieszną propozycję, mleko się już wylało. Pozostałam z kolegą w więcej niż przyjacielskiej komitywie, ale tego wieczora - mieszanki zaskoczenia, szczęścia i głębokiego rozczarowania, a wszystko to w dziesięć minut - nie zapomnę mu nigdy.

Tak że ten. Bywa zabawnie, czego i wam, kochani, życzę.

O wychowywaniu, dobrych manierach i nie tylko

Byłam w klasie maturalnej, gdy przy jakiejś okazji mój ojciec zaprosił do domu panią podówczas doktor z filologii romańskiej, którą to filologię zamierzałam za kilka miesięcy studiować. Zawołał mnie do pokoju, żeby mnie jej przedstawić, a wtedy ja - do dziś widzę tę scenę - podeszłam i wyciągnęłam do niej rękę. JA JEJ podałam rękę! Skandal. To prawda, zrobiłam to odruchowo, bez zastanowienia i przez następnych kilka dni byłam pouczana, wychowywana, napominana, żebym broń Boże więcej tego grzechu nie popełniła.

Kilka razy przytrafiło mi się jakieś faux pas tego typu lub niedozwolona samowola (impreza, na którą nie powinnam była iść), każdą z tych scen jestem w stanie odtworzyć w głowie z dokładnością godną lepszej sprawy i za każdym razem byłam stanowczo przywracana przez tatusia do ustawień fabrycznych.

Do dzisiaj reaguję paniką na dobre rady zwłaszcza mężczyzn - jestem wprawdzie ofkors chodzącą doskonałością, ale mogłabym zrobić to i to, pomyśleć o tym i o tym, zmienić to i to. Długie kazania o potrzebie zmiany mnie na kogoś łatwiejszego do okiełznania ("musisz się zmienić", gdy nerwowo reagowałam na widok butelki wódki), niewinne spostrzeżenia w charakterze łyżki dziegciu w beczce miodu ("powinnaś czesać się tak i tak"), dobre rady “pomyśl o sobie, nie o mnie” czy “pokochaj siebie, nie mnie” mające zatrzeć trywialne odrzucenie, w zasadzie już mnie ani nie dziwią, ani nie ranią. Ciekawe, że ja nigdy nie próbuję ulepszać - ich. Po prostu są jacy są, a ja chcę ich poznać.

Od tatusia i jego metod wychowawczych nie mogłam uciec, od moich następnych wychowawców - mogłam. Najczęściej jednak daję kredyt cierpliwości i patrzę, dokąd mnie to zaprowadzi. Jak do tej pory - na manowce, ale za to obserwacji ludzkich mi nie brakuje. Jest fajnie.

Tak że ten. Idę o zakład, że jestem naprawdę najlepiej i najdłużej wychowywaną osobą, jaką znacie. Dobrego wieczoru, misiaczki!

O ułańskiej fantazji i nie tylko

Zostałam pokonana.

Kiedy nie chciałam myć okien w mieszkaniu, sprzedałam je i kupiłam inne.

Kiedy kupiłam obraz w Portugalii, postanowiłam wynająć do niego mieszkanie, żeby go nie wozić do Polski.

Ale pokonała mnie przyszywana ciocia mojego ulubionego zięcia: kiedy nie chciała mieć sąsiadów w kamienicy, w której mieszkała, po prostu kupiła całą kamienicę. Za gotówkę.

Ułańska fantazja, której zazdroszczę. Tak trzeba żyć.

Tak że ten. I tej fantazji ułańskiej wam życzę, misie pysie!

O priorytetach i nie tylko

Taka kolejność:

Po pierwsze, praca. Pieniądze.
Po drugie, dzieci. Niezależnie od tego, czy mają 7 lat, czy 17, czy 27.
Po trzecie, Znajomi-i-Krewni-Królika. Koledzy, koleżanki, przyjaciele, przyjaciółki.
Po czwarte, jakaś ex. Zawsze ważna, zarówno w wersji “bo to zła kobieta była”, jak i “to moja przyjaciółka i matka moich dzieci”.
Po piąte, motocykl. W wersji soft - gadżety, gry.
Po szóste, pasje inne niż wymienione w punkcie piątym. Wchodzenie na góry i schodzenie z gór, nauka suahili, podbój kosmosu, narzekanie na podatki.
Po siódme, rodzice.
Po ósme, ogród, dom plus wszystkie zabawki - kosiarki, młotki, wiertarki.
Po dziewiąte, ja.

Cieszyć się, że zmieściłam się w pierwszej dziesiątce czy nie?

Ja tu sobie śmieszkuję z priorytetów w życiu moich miłych kolegów, ale tak naprawdę - po co im ja?

Tak że ten. Bo przecież każdy lubi być dla kogoś najważniejszy, prawda? Uroczej jesiennej soboty, robaczki!

O przyjaźniach, odrzuceniu i nie tylko

Miałam kiedyś przyjaciela. Tak, faceta. Poznaliśmy się w jakimś tłocznym miejscu, ja byłam z Niemcem, on ze swoją przyjaciółką. Parę imprez nam się w czwórkę trafiło, w tym kajaki, trochę wiadomości, potem nam się związki rozpadły, pocieszaliśmy się nigdy nie wychodząc poza ramy przyjaźni pełnej czułego zrozumienia. Naprawdę świetny facet. Moje BFF mówiły o nim, że jest jak bernardyn - pewny, solidny i można na niego liczyć. Przyjeżdżał, gdy go potrzebowałam. Pewnego dnia wyraził jasno, jak wyobraża sobie naszą dalszą przyjaźń.

Wyobrażał sobie niestety inaczej niż ja. (W sumie to chyba miałam jakąś pomroczność w tamtym momencie.)

Jeszcze przez chwilę udawaliśmy, że wszystko jest okej, jeszcze pisał, aż zniknął z mojego horyzontu.

Odrzucenie, nawet oblane łagodzącym sosem żartu, obsypane kolorową posypką sympatii i obłożone słodkimi wspomnieniami, zawsze będzie gorzkie.

A wywołuję z pamięci tę historię, bo jakiś czas później znalazłam się - nie do końca świadomie - w situationshipie - takim typie relacji, w której nie definiujesz roli drugiej osoby, jak ognia unikasz rozmów o planach, wyłączności czy długofalowych zobowiązaniach, nie widzisz, dokąd ona prowadzi i brak jej fundamentów prawdziwego związku. W situationshipie można się regularnie spotykać, można spędzać razem noce, można nawet rozmawiać o uczuciach czy emocjach, ale tylko przez chwilę. Nic nie jest nazwane, a temat „kim jesteśmy” wywołuje napięcie*.

Taki “prawie związek”. Byliśmy prawie razem, prawie szczęśliwi, prawie pewni.

Ja pytałam, sugerowałam, drążyłam temat, aż dotarło do mnie, że to też jest odrzucenie. Że pod płaszczykiem słodkich wyznań i częstych nawet romantycznych chwil jest - w gruncie rzeczy - odrzucenie. Nie brutalne, nie wprost. 

Karma wróciła? Starałam się bardzo nie wyobrażać sobie, jak Bridget Jones, “przez następne pół roku rozmowy, w których on błaga o powrót, i nie wybuchać płaczem na widok jego szczoteczki do zębów.” Ale było mi szczerze żal potencjału tej relacji, która była dla mnie naprawdę ważna.

On wyjechał, szczoteczkę wyrzuciłam.

Tak że ten. Samych prawdziwych relacji wam życzę, kochani. Dobrego wieczoru!

* podparłam się https://hedepy.pl/o-zdrowiu-psychicznym/situationship-jak-rozpoznac-prawie-zwiazek

O miejscach i ludziach znajomych i nie tylko

“Lubię wracać tam, gdzie byłam już”. Wydaje mi się, że znam to miasto i daje mi to złudne poczucie przewidywalności. Tak, tu jest Popowicka, a tam dalej są Pilczyce. Mieszkałam tu, no przecież wiem.

I nagle okazuje się, że nie. Tu wybudowali most, tam przedłużyli Na Ostatnim Groszu, nagle przeskakuję jakiś wiadukt i jestem w zupełnie innej części miasta. Ale jak to, już Grabiszyńska?

Widzę nową twarz tego miasta.

I człowiek. Twardy, decyzyjny, sarkastyczny, zahartowany. Nagle pokazuje mi swoje swoje emocje, swoją wrażliwość, swoje miękkie podbrzusze. To taki typ, po którym trudno się tego spodziewać. 

Widzę nowe oblicze tego człowieka, ale to najmilsza nieprzewidywalność, z jaką mogłam mieć do czynienia.

Obydwaj - Wrocław i on - mnie zaskoczyli i zauroczyli.

Tak że ten. Zauroczeń na ten początek jesieni wam wszystkim życzę, kochani.

O trudach komunikacji międzyludzkiej i nie tylko

Komunikacja międzyludzka trudna jest. Dobrze, jeśli w ogóle jest i nie zostajecie zaskoczeni jakimś “a bo ci nie mówiłem”, z drugiej strony półprawdy i ćwierćprawdy dają złudne poczucie spokoju.

Nienawidzę - tak, nienawidzę, nie “nie lubię” - kiedy ktoś wmawia mi, że powiedział coś innego niż powiedział. Pamięć, dzięki Bogu, mnie nie zawodzi i liczę bardziej na nią niż na zapewnienia interlokutora, że nie nie, on tego nigdy nie mówił, a jeśli nawet mówił, to nie to miał na myśli.

Mistrzami w kwestii lawirowania są oczywiście nastolatki, które gotowe są przysiąc, że nigdy przenigdy nie obiecywały wrócić z imprezy o 22, chociaż było to warunkiem sine qua non pozwolenia na wyjście w ogóle. No, z tą 22 trochę przesadziłam. Chyba że następnego dnia.

Gorzej, jeżeli to, co ktoś powiedział, wpływa na twoje myślenie o kimś trzecim. Pewnego zakrapianego wieczoru moja niby koleżanka (coś jak nibynóżka u ameby) opowiadała mi o swojej znajomej, której ja nie znałam. Kobieta ta miała mieć wielki biust, który owa podchmielona już znajoma obrazowała rękami zakreślając na wysokości swojej klatki piersiowej okrągłe kształty. Miała też być ta trzecia osoba taka dziwna i sztuczna i “no mówię ci, dobrze, że jej nie znasz”.

Cóż, poznałam ją po pewnym czasie i od początku postrzegałam przez pryzmat tej oceny - cycki, sztuczność i dziwność. I nieważne, czy było to dalekie od prawdy czy nie.

Co jednak było najgorsze, to to, że owa demonstrująca kształty znajoma, gdy jej to przypomniałam, wyparła się tego całkowicie. Nie, ja na pewno tak nie mówiłam. Nie, że ma biust duży? Nie, nie zwróciłam na to uwagi. W ogóle lubię tę laskę.

No i zonk, ucieleśnienie niewinności i życzliwości wobec bliźniego. Nie mam niestety zwyczaju nagrywać konwersacji, ale chyba czasami trzeba.

Albo uważać niektórych za głupich, bo nie wiedzą, co mówią.

Albo nie dopuszczać ich zbyt blisko.

Tak że ten. Są na niebie i ziemi historie, o któych się nie śniło nie tylko filozofom, ale w ogóle nikomu. Udanej komunikacji, misiaczki, wam w ten czwarteczek życzę!

O miłości do Polski i nie tylko

Autor tego posta - nieodkryty jeszcze poeta - jest egzotycznym przybyszem zza wielkiej wody, człowiekiem żyjącym na pograniczu dwóch kultur, wychowanym w kraju kolorów i słońca, gór, dżungli i plaż nad Pacyfikiem, obywatelem potężnego państwa, obieżyświatem, podróżnikiem - i jest zakochany w Polsce. W przeddzień opuszczenia Europy odbył nostalgiczną podróż i opisał to tak:

„Żelazny wagon pędzi ze stukotem przez zmęczone słońcem równiny, niosąc moją strapioną duszę przez pejzaż, w którym złoto konającego lata ustępuje miejsca chłodnemu, bursztynowemu westchnieniu jesieni. Gdy rzewne frazy skrzypiec Vivaldiego splatają się z rześkim, porannym powietrzem, czuję się, jakby ktoś magicznie przeniósł mnie w sam środek wspaniałego XVIII wieku. Jestem niczym elegancki podróżnik z czasów Mozarta na szlaku, który wiódł przez arystokratyczny Wiedeń, cesarski przepych Budapesztu i dumną Warszawę, by wreszcie sprowadzić mnie na ten ostatni, jakże romantyczny trakt ku królewskiemu południowi.

A jednak pod tym całym blichtrem kryje się tkliwy żal, bo to przecież moja słodko-gorzka podróż pożegnalna z miłością mojego życia - moją królową, Polską. Gdy pociąg sunie przez samo jej serce, ona w każdym złocistym polu i cichej wiosce przywdziewa swoje najpiękniejsze szaty. Szepcze mi do samej głębi duszy, przypominając z każdym kolejnym kilometrem, dlaczego tak bezpamiętnie się w sobie zakochaliśmy. Na samym końcu drogi czeka na mnie jej majestatyczny, królewski gród w całej swej ponadczasowej krasie — jego dostojne wieże otulone są poetycką mgłą romantycznego, jesiennego zmierzchu, gdzie uściskam ją mocno po raz ostatni.”

W duszy twardziela odkryłam delikatne, emocjonalne struny, które tu właśnie zostały poruszone.

Tak że ten. Spójrzcie czasem na to, co nas otacza, takimi właśnie oczami. Udanej niedzieli, misiaczki!

O gumowych kaczuszkach i nie tylko

Więc tak. Córeczka przewiozła mnie i swoją siostrę z punktu A do punktu B. Etapy podróży były następujące:

1. Długa dyskusja, kto jedzie z tyłu. (Wygrałam.)
2. Odgruzowywanie tylnego siedzenia z papierów, kopert bąbelkowych (babcia kiedyś dała), zmiętych chusteczek i starych paragonów (porada lekarska 250 zeta).
3. Przy okazji została znaleziona niebieska gumowa kaczuszka (piszczała głośno i przeraźliwie). Jak wiadomo, niebieskie gumowe kaczuszki są niezbędne w samochodzie.
4. Dojechałyśmy z punku A do punktu B.

Czas podróży - 5 minut. Emocje jak podczas lotu w kosmos.

Tak że ten. Pamiętajcie o kaczuszkach i cieszcie się piątkiem, robaczki!

O zaproszeniach, słowach bez znaczenia i nie tylko

Historia absurdalna. Prawdziwa.

On: Jedź ze mną do Krakowa w niedzielę, w poniedziałek przyjeżdża mój syn, chciałabym, żebyś go poznała. Pochodzilibyśmy po Krakowie w niedzielę…

Jej się nie chce za bardzo ani jechać do Krakowa, ani spędzać niedzieli gdzieś daleko od domu.

On mówi dalej: Wsiądziesz do pociągu po drodze, ja wsiądę w Poznaniu, ty dosiądziesz się w Kościanie. Będzie fajnie, posiedzimy na rynku, jedź ze mną!

Ona po rozważeniu wszystkich za i przeciw, po wewnętrznej rozkminie: Wiesz, może to nawet dobry pomysł, dawno nie byłam w Krakowie. Pojadę z tobą w niedzielę, wrócę w poniedziałek.

Tego samego dnia on kupuje bilet.

Jeden.

Na pociąg, który nie jedzie przez Kościan, tylko przez Krotoszyn (druga trasa pkp na linii Poznań-Kraków). Tak jakby za wszelką cenę chciał uniknąć nawet możliwości wspólnej podróży.

Temat umiera. Tak po prostu. Nie będzie wycieczki do Krakowa. Nie ma żadnego „jedźmy razem z Poznania”, żadnego „spotkajmy się w Krakowie w samo południe”, nic.

Ona do dziś czuje się - hmmm, dziwnie. Upokorzona, bo już zaczynała się cieszyć na ten wspólny wyjazd. A tymczasem to były tylko słowa bez znaczenia rzucone w przestrzeń. Wtf?

Tak że ten. Samych prawdziwych i szczerych propozycji wam życzę na tę środę, robaczki!

O planach na przyszłość, życiu po życiu i nie tylko

Nie wiem, czy to kwestia kategorii wiekowej, w której się obracam, ale często rozmowy ze znajomymi 50 plus schodzą na tematy funeralne.

I tak na przykład Ex kilka razy opowiadał mi, co zostawi swoim dzieciom (mieszkanie w młynie, co prawda z kredytem hipotecznym, ale nie bądźmy drobiazgowi), a przede wszystkim, co jego dzieci odziedziczą po swoich dziadkach, teściach Exa, którzy mieli szczęście dorobić się w czasach komunizmu. Z drugiej strony, planował chyba żyć wiecznie, bo mając 54 lata w rozmowie z przyjacielem ustalili, że to dopiero połowa ich życia, może zatem zdąży kredyt na mieszkanie spłacić. Zważywszy na ciągłe kombinacje rządu niemieckiego z wiekiem emerytalnym, istnieje szansa, że do tej setki (stu lat) będzie też pracował.

Mój francusko-hiszpański przyjaciel również powiedział mi, co chciałby, aby zrobiono z jego prochami i pokazał mi most nad Gwaldakiwirem, z którego mają być rozsypane. Jeżeli dożyję tego momentu i nadal będziemy przyjaciółmi, być może ja będę musiała ten temat ogarnąć.

Amerykański przyjaciel z kolei chciał tylko wiedzieć, czy jego rodzina ma mnie poinformować o jego odejściu z tego świata, ponieważ jednak jest on młodszy ode mnie, to może ja będę pierwsza.

Co do mnie, program mojego przyszłego pogrzebu jest już prawie gotowy, zapowiada się dość atrakcyjnie (na razie nie zdradzam szczegółów), więc w razie czego przybądźcie. Mam nadzieję, że córeczki nie sprzeniewierzą się mojej ostatniej woli.

Tak że ten. Wybaczcie mi takie podejście do tematu, ale zazwyczaj mój strach oswajam w ten sposób. A póki dane jest nam być na tym świecie, korzystajmy z uroków deszczowego wtorku. Prawda, misie pysie?

O okularach, smokach i nie tylko

Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Podobno.

Cóż, dla mnie niewątpliwie tak. Nie tylko mam koszmarną wadę wzroku z niedowidzeniem lewego oka, ale dodatkowo zazwyczaj noszę upaćkane okulary.

W sumie po co sobie ułatwiać życie.

Ale trafiło mi się w życiu dwóch lub trzech potencjalnych bojfriendów, którzy wpatrywali się w moje oczy i w końcu mi te okulary zdejmowali i je myli. Jeden nawet podarował mi pudło z chusteczkami do okularów. Których rzecz jasna nie używam.

I tak sobie myślę, że to dobry test na bojfrienda. Mój książę nie musi zabijać smoka, wystarczy, że umyje mi okulary.

Z drugiej strony, czasami naprawdę lepiej pewnych rzeczy nie widzieć…

O jagodach, jagódkach i nie tylko

Dawno dawno temu, gdy byłam jeszcze najmniejszą śrubką w rodzinnym okręcie (no, poleciałam z metaforą), kulinarną oprawą rodzinnych pięcioosobowych świąt zajmowała się babcia, za aprowizację zaś odpowiadała mama. Co roku babcia otrzymywała zatem między innymi pokaźny worek maku, niezbędnego składnika makowca.

I co roku tego maku w makowcu było jakby coraz mniej.

Przepytywana na tę okoliczność babcia zawsze tłumaczyła, że maku jest na pewno więcej na drugim końcu makowca - bo tak się ułożył.

Cóż, nie, na drugim końcu makowca maku więcej nie było. Po pół wieku zagadka znikającego maku nie została rozwiązana.

Tymczasem oto dziś w moim życiu pojawiła się jagodzianka, w której obfitość jagód jest nie tylko na obu jej końcach, ale też w środku. Mój ojciec, koneser jagodzianek poznańskich, kupował zawsze - jego zdaniem najlepsze - w renomowanej cukierni z literką K w nazwie. I mimo tej renomy tamte jagodzianki były jak babci makowiec - więcej nadzienia miało być rzekomo z tej drugiej strony, nie tam, gdzie gryziesz. Otóż nie było.

Ta nasza, lokalna, miejscowa, jest Jowiszem Układu Słonecznego jagodzianek, Everestem jagodowych Himalajów, argentynozaurem jagodowego Parku Jurajskiego czy czarną dziurą GaiaBH1 wchłaniającą wszystkie jagody w odległości tysiąca pięciuset lat świetlnych.

I do tego kruszonka.

Moja aplikacja do liczenia kalorii, do której dodałam dzisiejszy dowód przestępstwa kalorycznego, najpierw się popłakała, a potem się zawiesiła i odmawia współpracy.

Na domiar złego, przypomniały mi się też pierogi z jagodami… polane śmietaną…

Tak że ten. Nie spocznę do końca jagodziankowego sezonu, czego i wam życzę. Dobrego wieczoru, jagódki!

Jakby co, @novopolska w czwartki.

O skakaniu w stodole, traktorach i nie tylko

Niech pierwszy rzuci kamieniem, kto skacząc z góry siana w stodole nie nadział się na widły. Na szczęście tylko stopą, ale to i tak atrakcja.

Albo dla kogo największą przyjemnością była przejażdżka traktorem. A samo wejście na kombajn to było dopiero osiągnięcie.

Wakacje na wsi. Niby Poznań, ale tam były pola, traktory, wozy drabiniaste, prawdziwe żniwa i prawdziwe krowy. I wielka drewniana stodoła. I stary dom z cudownym strychem, na którym w pewne wakacje odkryłam kartony pełne starych książek, czasem bez stron tytułowych. Jedną zidentyfikowałam jako „Piętnastoletniego kapitana” Juliusza Verne’a, a druga opowiadała o tym, że w czasie okupacji dziewczynka utrzymywała rodzinę piekąc ciasteczka z fasoli. Bardzo dydaktyczna historia, niestety jej tytuł uleciał z mej pamięci.

Któregoś lata na polu za domem, przy torach kolejowych Poznań Franowo, zerwała się sieć energetyczna. Coś tam zaczęło się palić, ktoś chyba poszedł dzwonić po straż pożarną, strach podejść, bo to jednak prąd… aż tu nagle widzimy pędzącą dużymi susami przez pole w stronę ognia - zakonnicę w jasnoszarym habicie z wiadrem wody. Wszyscyśmy oddech wstrzymali, a ona chlast! wodą i ogień ugasiła. Fachowiec.

Kleszcze? Zapomnijcie. Alergie? Zapomnijcie. Jadło się chleb z cukrem i racuchy z jabłkami pieczone na fajerkach.

A na zdjęciach na górze dowód na to, że rolnictwo mam we krwi, acz objawiające się nienachalnie. Legenda głosi, że tylko na tym wozie byłam uprzejma cokolwiek konsumować.

Tak że ten. To se ne vrati, jak było napisane na budynku starej drukarni vis à vis IX Liceum we Wrocławiu. Było pięknie. Piękne czasy, piękni ludzie. I tylko takich wam w ten piątkowy wieczór życzę!

O starych filmach, językach obcych i nie tylko

Tak mi się trafiło przy niedzielnym przeglądzie oferty telewizyjnej. Na jednym programie król Władysław Jagiełło spoglądał na rzucane u jego stóp po bitwie pod Grunwaldem (1410) sztandary krzyżackie, na drugim dzielna czwórka (i pies) zdobywała Berlin (1945). "Krzyżacy" vs "Czterej pancerni i pies". Dziecko patrzące na telewizor mimochodem i z daleka nie zauważyło przeskoku o ponad pięćset lat i było przekonane, że to jest wciąż ten sam film. Dla tego pokolenia zakon krzyżacki i czołgiści z II wojny światowej są jednakowo odlegli w czasie.

Ale wy, którzy pewnie tych pancernych oglądaliście milion razy i mieliście w domu psa Szarika, czy zwróciliście uwagę na to, że kwestie wygłaszane po rosyjsku w ogóle nie były tłumaczone? Żadnych napisów ani nic? Tak oczywiste było to, że rozumiemy rosyjski, że nie trzeba było tłumaczyć. Co do kwestii po niemiecku, również nietłumaczonych, źli naziści mówili głównie "Hände hoch" i "Schneller", co każdy rozumiał i w podwórkowych zabawach odtwarzał bez zająknięcia.

Więc tak, rozumieliśmy, bez napisów, bez lektora.

Tak że ten. Oglądajcie więc czterech pancernych z cudną Marusią (“za jej Poli Raksy twarz każdy by się zabić dał” śpiewał Perfect w Autobiografii) i wspominajcie. Do "Krzyżaków" mam jakąś awersję, aczkolwiek idea rozłupywania orzechów włoskich pośladkami żyje gdzieś w mojej pamięci (dla przypomnienia cytat z powieści: Jagienka to „niewiasta, co niedźwiedzia oszczepem w boru podeprze, a orzechów nie potrzebuje gryźć, jeno je na ławie ułoży i z nagła przysiędzie, to ci się wszystkie tak pokruszą, jakobyś je młyńskim kamieniem przycisnął”).

Dobrej niedzieli, kochani.

O wydalaniu, priorytetach i nie tylko

To zabawne, a zarazem smutne, jak doświadczenia - najczęściej przykre lub traumatyczne - które zbieramy przez życie, o których już pewnie dawno powinniśmy zapomnieć, wracają do nas jak bumerang przywołane podobnym słowem czy sytuacją.

Ja - niestety - pamięć do przeszłych wydarzeń mam znakomitą, więc też większą szansę na to, że owa przeszłość mnie przygwoździ, i to wbrew intencjom mojego rozmówcy.

Sytuacja wyjściowa sprzed ponad pół wieku wyglądała bowiem tak: dzwonię do mężczyzny mojego życia, miłości mej romantycznej, on odbiera telefon i zanim zdołałam cokolwiek powiedzieć, słyszę powiedziane zgoła nieromantycznym tonem:
- Nie dzwoń teraz, sram.

Sram.

Wiele lat później, inny mężczyzna również mojego życia, również pełen romantycznych ochów i achów, anioł moich dni i moich nocy, w środku przyjemnej pisemnej konwersacji pisze:
- Nie pisz teraz, idę robić kupę.

Kupę.

Być może było to niewinne, być może chciał uprzedzić, że odpisze za trzy godziny - jak wiadomo, faceci kochają celebrować wydalanie, być może było to napisane z niewidoczną intencją żartu, ale wspomnienie „sram” zmiotło mnie z planszy.

Kwestie wydalnicze, jak widać, są w życiu mężczyzn mojego życia bardzo istotne.

I całkiem niedawno - tym razem daleko od tematów ekskrementów - słyszę w telefonie:
- Nie dzwoń teraz, chcę obejrzeć podcast.

Można powiedzieć, że na liście priorytetów moich romantyków plasuję się gdzieś bardzo bardzo bardzo daleko. W niemieckich czasach przede mną była praca, była żona, dzieci, przyjaciółka, sąsiedzi i motocykle (Ex był na tyle elegancki, że kwestie toaletowe pominął). Może dlatego jestem przeczulona na tym punkcie.

Tym razem znowu poczułam się intruzem, przeszkadzającym w najbardziej podniosłych momentach życia moich oblubieńców.

Tak że ten, dziewczęta, obyście zawsze były top of the top, choćby się mieli - za przeproszeniem - zesrać i musieli obejrzeć podcast jeszcze raz. Dobranoc, misiaczki.

O najmilszym rodzaju uśmiechu i nie tylko

Na pewno to znacie.

Siłownia. Wielkie, metalowe maszyny, ściszone głosy, światło przefiltrowane przez żaluzje, jakaś muzyczka w tle.

Dzisiaj koło mnie ćwiczył sobie sympatyczny chłopaczek lat około dwudziestu. Obydwoje robiliśmy ramiona, ja biceps, on triceps. W czasie przerw między seriami ćwiczeń - oczywiście, jak my wszyscy - bawił się telefonem. I co jakiś czas uśmiechał się do tego telefonu w rozbrajający, uroczy sposób.

Znam ten uśmiech. Kiedy dostaję TĘ jedną wiadomość od TEJ jednej ważnej osoby, kiedy w TEJ wiadomości są TE słowa, na które czekam - wtedy się tak uśmiecham.

Tak jak wtedy, gdy w czasie porannych zajęć dostałam króciutkie nagranie głosowe po hiszpańsku. Udało mi się je rozszyfrować. Dzień zrobił się piękniejszy.

W takich momentach dostaję skrzydeł.

Tak że ten. I tylko takich wiadomości i takich uśmiechów wam przy deszczowym poniedziałku życzę.

O przyjemnościach płynących z bólu i nie tylko

Po drodze nad jezioro mijam tabuny biegaczy i stada rowerzystów. Albo na odwrót. Piękne, ale czuję ból nóg od samego patrzenia na nich.

(Mały nawias - na Majorce w upalne marcowe dni mijaliśmy również watahy rowerzystów i mój niemiecki towarzysz - niebędący ich fanem - zawsze pytał, dlaczego oni to robią. Zaczęliśmy więc nazywać rowerzystów słowem “warum” i mówić - uważaj, warumy jadą. Vorsicht, die Warum sind unterwegs! Do dzisiaj tak ich nazywam.)

Wracając do bólu - jestem fanką masochizmu. Na siłowni dopiero ból powstrzymuje mnie przed dokładaniem ciężaru. Następnego dnia jestem szczęśliwa, gdy nie mogę chodzić albo bolą mnie plecy. W salonie kosmetycznym zawsze chcę, żeby bolało. Żadne tam mizianie czy głaskanie, ma boleć, kłuć, przebijać skórę, tylko wtedy wierzę, że działa.

Poza tym boli tęsknota, boli niepewność i niepokój, boli nawet pamięć. Emocje mnie bolą. A czasem głowa, ucho albo ząb.

Póki jednak boli, to znaczy, że coś się dobrego dzieje - że rosną mięśnie, że produkuje się kolagen, że czuję mocno i głęboko - kocham, lubię, tęsknię.

Tak że ten. Udanego wejścia w nowy tydzień, robaczki, i żeby wam nigdy nurofenu nie zabrakło.

O słowach, słówkach, poezji i nie tylko

Jest poetą, mówi do mnie pięknie.

Taka bajka:
- Kocham cię… - (serce czuli mi się nieprzytomnie, tak tak, kochaj mnie)
- Powiedziałem przyjacielowi, że się żenię… - (przeglądam sukienki ślubne dla 50+)
- Będę tu zawsze dla ciebie, obiecuję… - (czuję się wyjątkowa, bo on nigdy nie używa słowa “obiecuję”)
- Chcę zamieszkać w Polsce, zbudować tu dom… - (przeglądam przepisy prawne, żeby wiedzieć, jak to zrobić)
- Pojedźmy gdzieś, zróbmy sobie krótki urlop od czwartku do niedzieli, wezmę wolne w pracy… - (studiuję oferty lotów i hoteli w miłych miejscach)

I rzeczywistość:
- …ale jak przyjaciółkę. (Aha.)
- …ale ja nie chcę się żenić. (Aha.)
- …ale najpóźniej we wrześniu będę już daleko. (Aha.)
- …ale tam daleko mam rodzinę, wszystkich, których kocham. (Aha.)
- …ale w czwartek firma umówiła mi lekarza, nie mogę, a w piątek pracuję. (Aha.)

Wierzę w słowa. Jestem językowcem, mam ucho wrażliwe na słowa, na ich brzmienie, na intonację, z jaką są wypowiadane, i na jego oczy, patrzące na mnie, gdy je mówił. Wierzę, że słowa służą do komunikacji. I wierzę - niestety - że nawet bez słowa “obiecuję” powinno się ich dotrzymywać. Jeden jedyny raz w życiu nie dotrzymałam słowa, było to dwadzieścia pięć lat temu i - uwierzcie mi - do tej pory mnie to uwiera i gniecie.

Ale mimo wszystko wierzę, że w jego słowach była prawda. Za każdym razem inna, ale prawda. Jak to u emocjonalnych, poetyckich dusz.

Tylko że ja się w tym pogubiłam.

Tak że ten, robaczki. Trzymajcie, proszę, kciuki, żebym odnalazła - i siebie, i jego.

O uprzejmych konwersacjach i nie tylko

Dawno temu, gdy byłam młoda, piękna i prawie szczęśliwa,  miałam możliwość trenowania z najlepszym trenerem osobistym, na jakiego wtedy mogłam trafić. Jak wyglądały nasze głębokie, filozoficzne konwersacje w czasie treningów?

Najczęściej używane w czasie treningów słowo - oczywiście oprócz: „Ty wszystko wiesz!”, „Jakie to wspaniałe ćwiczenie, Trenerze!” czy „Jak ty to pięknie pokazujesz!” (lol) - było zupełnie inne.

Otóż:
- Weźmiemy sobie hantle pięć kilo.
- Spierdalaj.

- Dalej, szerszym łukiem te rozpiętki (a mi już bark wypada ze stawu. Albo na odwrót.)
- Spierdalaj.

- Łokieć bliżej ciała, no mówię przecież!
- Spierdalaj.

- Dajesz, dajesz, jeszcze trzy serie! (Równie dobrze mógłby powiedzieć trzysta.)
- Spierdalaj.

Nie byłam najuprzejmiejszą podopieczną trenera. Co mi zresztą brutalnie uświadomił - "miano najuprzejmiejszej podopiecznej zdobywa… no niestety ktoś inny".

Tak że ten. Teraz ćwiczę sama i - uwaga - sama siebie wyzywam tymi samymi słowy. Rzeczywiście, nie jestem najuprzejmiejsza.

O klopsikach, sznycelkach i nie tylko

We wczesnym dzieciństwie spędzałam dużo czasu u moich dziadków w starej kamienicy w centrum Wrocławia. Nazwiska jej mieszkańców - Onyszko, Połdyna, Bahrynowski, Kargol - brzmiały normalnie i swojsko, i dopiero po wielu latach zdałam sobie sprawę, że to nazwiska - z Ukrainy. Wychowałam się zatem w enklawie repatriantów ze Lwowa, których tak zwani “Moskale” w maju 1945 roku z dnia na dzień wyrzucili z ich domów i wygnali tysiąc kilometrów na zachód. Dziadkowie spakowali pierzynę, 10-letniego syna i moją dwumiesięczną mamę i przez trzy tygodnie jechali na Ziemie Odzyskane w bydlęcym wagonie. Sąsiedzi dziadków mówili ze śpiewnym akcentem, używali słów typu “batjar” (z mięciutkim “tj”), "garczek" lub “myszygene” i gotowali po wschodniemu. Szczepcio i Tońcio w pełnej krasie (dle niekumatych - przedwojenne filmy z lwowskimi gwiazdami kina),

To, co trzymam w dłoni na zdjęciu, nazywało się u babci “sznycelkiem”, a nie “kotletem mielonym”. Tenże sam sznycelek w sosie zamieniał się cudownie w “klopsika”.

Ostatnio moja dzielna młodzież przygotowała takie właśnie sznycelki, a że nie było jajek, dodali masła i chyba powinni to opatentować, bo dzieło wyszło znakomite i delikatne jak puch, chrupiące i rozpływające się w ustach (i w paszczach piesków asystujących). Wybitne.

A mnie ten smaczny drobiazg przypomniał wysokie mieszkanie przy Nowowiejskiej 103/4, trzeszczące podłogi (w stropach była trzcina), numer telefonu dziadków 22-93-59 (że też wciąż pamięć przechowuje takie szczegóły), kuchnię z ogromnym stołem, pod którego blatem było miejsce na stolnicę (kto jeszcze dzisiaj używa stolnicy?), i skwierczenie sznycelków na patelni. A na deser - poziomki ze śmietaną. Po poziomki szło się do ogródka dziadków szutrową drogą koło kościoła na Bujwida w kierunku Odry, a po śmietanę, gęstą jak masło, cudownie białą, do tak zwanej "baby" na targ na placu Grunwaldzkim, gdzie dziś stoi ogromna galeria handlowa.

Eeeeech.

Tak że ten. Cytując Villona, poetę przełomu średniowiecza i renesansu - "ach, gdzież są niegdysiejsze śniegi". Dobrego wieczora, misie pysie!

O dziurach w ścianie i nie tylko

Strawestuję Bareję: “Wiesz, co robią te dziury? One odpowiadają żywotnym potrzebom tego domu. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić.”

No ale się przyczepił. Moja prywatna służba bezpieczeństwa, lat 28, wpadła mi do domu i zarządziła: “No zrób coś wreszcie z tymi dziurami! Kiedyś to byś od razu zrobiła z tym porządek! Zaszpachluj, pomaluj. I ściana ci pęka na górze.” Et caetera.

Poczułam się stara i zniedołężniała. Bo kiedyś to ho, ho, zaraz by wszystko było piękne, białe i nieskazitelne.

Zanim się jednak pogrążyłam w kontemplacji nieuchronnego schyłku mojego życia, przypomniała mi się lekcja z moim francuskim studentem, lat 26, z którym rozmawialiśmy o wieku emerytalnym i on, w swej młodzieńczej naiwności, stwierdził, że ja muszę mieć jeszcze dużo lat do emerytury. Informację, że tylko cztery, przyjął z uroczym niedowierzaniem. Zwalam to na karb jego ewidentnej młodości i niedoświadczenia.

Przypomniało mi się też, jak mój przyjaciel widząc mnie na FaceTimie, zakrzyknął radośnie: “Beti, wyglądasz najwyżej na 45 lat”, co mnie skonfundowało w drugą stronę, bo czuję się na 35.

Tak czy siak, od razu zakupiłam szpachlę, białą farbę i spray na pleśń do łazienki. Z córeczką lepiej nie zadzierać, przyjedzie i skontroluje, jakby co - będę gotowa.

Chociaż te dziury, jak wiadomo, to nie jest moje ostatnie słowo. Podobnie jak dr House, lubię bawić się wiertarką.

Notabene, najmłodsza progenitura też idzie w stronę kontrolująco-opresyjną i tylko średnia ma mój charakter pasikonika bezmyślnie i beztrosko hasającego po łące. Jak się te geny dziwnie układają czasami.

Tak że ten. Życzę wam, mróweczki i pasikoniki, gładkich ścian i beztroskiego wieczoru!

Albo wieczora, jak kto woli, obie formy są poprawne.

O dziurach w ścianie i nie tylko

Strawestuję Bareję: “Wiesz, co robią te dziury? One odpowiadają żywotnym potrzebom tego domu. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić.”No ale się przyczepił. Moja prywatna służba bezpieczeństwa, lat 28, wpadła mi do domu i zarządziła: “No zrób coś wreszcie z tymi dziurami! Kiedyś to byś od razu zrobiła z tym porządek! Zaszpachluj, pomaluj. I ściana ci pęka na górze.” Et caetera.Poczułam się stara i zniedołężniała. Bo kiedyś to ho, ho, zaraz by wszystko było piękne, białe i nieskazitelne.Zanim się jednak pogrążyłam w kontemplacji nieuchronnego schyłku mojego życia, przypomniała mi się lekcja z moim francuskim studentem, lat 26, z którym rozmawialiśmy o wieku emerytalnym i on, w swej młodzieńczej naiwności, stwierdził, że ja muszę mieć jeszcze dużo lat do emerytury. Informację, że tylko cztery, przyjął z uroczym niedowierzaniem. Zwalam to na karb jego ewidentnej młodości i niedoświadczenia.Przypomniało mi się też, jak mój przyjaciel widząc mnie na FaceTimie, zakrzyknął radośnie: “Beti, wyglądasz najwyżej na 45 lat”, co mnie skonfundowało w drugą stronę, bo czuję się na 35.Tak czy siak, od razu zakupiłam szpachlę, białą farbę i spray na pleśń do łazienki. Z córeczką lepiej nie zadzierać, przyjedzie i skontroluje, jakby co - będę gotowa.Chociaż te dziury, jak wiadomo, to nie jest moje ostatnie słowo. Podobnie jak dr House, lubię bawić się wiertarką.Notabene, najmłodsza progenitura też idzie w stronę kontrolująco-opresyjną i tylko średnia ma mój charakter pasikonika bezmyślnie i beztrosko hasającego po łące. Jak się te geny dziwnie układają czasami.Tak że ten. Życzę wam, mróweczki i pasikoniki, gładkich ścian i beztroskiego wieczoru!

Dowiedz się więcej »