Rok w młynie
"@rok_w_młynie" to słodko-gorzka historia związku z tindera. Ona była Polką, on Niemcem ze wschodu (to ważne dla tej historii). Obydwoje 50+, po tak zwanych przejściach, z nadzieją na coś fajnego.
Pierwsza wersja tej opowieści została opublikowana w 2024 roku w Empik Selfpublishing, część egzemplarzy została wydrukowana, a część przetłumaczona na niemiecki i wydana w ograniczonym, bardzo małym nakładzie.
Wersja, którą tu czytacie, jest nieco zmieniona - złagodziłam wydźwięk niektórych fragmentów i dodałam parę szczegółów.
Tak że ten.

26. „Uprzedzenia najtrudniej jest wykorzenić z serca, którego nie zmiękczyło i nie ożywiło wykształcenie.”
(Ch. Bronte)
- A ty, Heniu, jakie studia kończyłeś? I gdzie? W Dreźnie?
Chwila milczenia.
- Hmmmm… nie mówiłem ci tego. Bo wiesz, ja nie skończyłem studiów.
Chwila milczenia.
- I matury też nie mam. Skończyłem tylko szkołę średnią i poszedłem do pracy.
Nie żebym dyskwalifikowała kogoś z powodu wykształcenia czy raczej jego braku. Niemniej jednak niepowiedzenie tego w momencie, gdy ja pokazywałam mu mój uniwersytet i mówiłam o mojej rodzinie, było dowodem na to, że chyba się tego wstydzi. Poza tym – wiedział, że pracuję na uniwersytecie, że to jest mój świat. Pokończyłam też różne studia podyplomowe, wciąż się czegoś uczyłam – chociażby niemieckiego, miałam szansę na dobry awans i bardzo przyjemne pieniądze. On od trzydziestu lat pracował na jednym stanowisku w jednej firmie i na pewno był w tym świetny, ale ścieżki rozwoju zawodowego czy awansu nie miał żadnej. Już nawet jego flamy-sprzedawczynie mogły zostać chociażby kierowniczkami sklepów, on nie mógł wskoczyć na żaden wyższy stopień. Nie doszkalał się też, bo brak matury zamykał mu drogę do pewnych typów kursów, zresztą nie czuł chyba nawet takiej potrzeby. Prawdę powiedziawszy, dziwiło mnie to. To był w sumie niegłupi facet, zaangażowany w swoją pracę, tymczasem swój potencjał ograniczał do jeżdżenia po drobnych handlowcach i sklepikarzach i do narzekania na brak pieniędzy – przez ponad połowę swojego życia.
Było to więc kolejne zaskoczenie na wyboistej ścieżce poznawania świata Henia.

Obecność, i to tak wyraźna, Anusi w życiu i w domu Henia była dla mnie niepokojąca. Kiedy w Heniowej kuchni zrobiła sobie szybkie śniadanie, pomyślałam – za dużo tu gospodyń w tym domu. Była żona podpisuje pudełka na artykuły sypkie, Anusia się gospodarzy, jaka jest więc moja rola? Jakiś czas potem zasugerowałam Heniowi, żeby może Anusia już u niego więcej u niego nie nocowała, ale odrzucił tę sugestię z oburzeniem.
- To jest moja przyjaciółka, będzie tu spać, kiedy zechce, bo jak wypijemy wino, ona nie może wracać, bo taksówka kosztuje 20 euro.
Jedna kobieta wychodzi, druga wchodzi, jedna zostaje na jedną noc, druga na następną. Tak to widziałam: potężna czerwona flaga, po której tak naprawdę powinnam była po prostu opuścić to miejsce. Ale dałam mu szansę, byliśmy świeżym związkiem, na dotarciu, miałam nadzieję, że jednak te sprawy da się jakoś ułożyć. Poza tym mnóstwo rzeczy zwalałam na karb różnic kulturowych, o których mówili mi ludzie mieszkający w Niemczech przez lata.
- Pani Beato, oni tam z byłymi i obecnymi to wszyscy na kupie żyją – mówił pan Zbyszek po spędzeniu w Niemczech ponad dziesięciu lat. – Obiadki, grille, kolacyjki, wszędzie się jakaś była albo obecna przyjaciółka pojawi. Niech się pani nie zdziwi.
Po dictum Henia w pierwszym odruchu chciałam też te 20 euro włożyć do koperty i przywiesić w kuchni na tablicy z ważnymi rzeczami z dopiskiem „Fundusz stypendialny na taksówki dla Anusi”. W swym męskim oglądzie świata nie rozumiał, że może i Anusia nie chciała z nim sypiać dopóki był sam, wiadomo jednak z psychologii, że jeśli inna kobieta – w tym wypadku ja – zwróci uwagę na mężczyznę, natychmiast zyskuje on na atrakcyjności. „Może coś przegapiłam?” – pyta się siebie taka Anusia i może zechcieć sprawdzić, czy ten odrzucony przez nią seksualnie mężczyzna może jednak jest wart grzechu. I może pewnej nocy przewędrować z pokoju do pokoju w kuszącym dezabilu.
Tak, może jemu nawet ufałam, ale jej – za żadne skarby.
Wiele miesięcy potem Marylka opowiadała mi, że kiedy widziała nasze zdjęcia z wycieczek z Anusią, zawsze widziała moją smutną twarz. Kiedy byliśmy we dwoje, byłam innym człowiekiem. Marylka rozumiała moje obawy, Henio kochał swoje status quo i chociaż twierdził, że jest gotowy na związek, wcale nie był. Potrzebował tylko i wyłącznie kochanki i kogoś, kto podreperuje jego ego po nieszczęśliwych związkach, których zaliczył w ostatnich latach trzy. I trafiło na mnie.
Sama zaś Anusia próbowała zostać moją przyjaciółką, ale, mimo że życiowo jestem naiwna, czułam, że to naciągane, że nic mnie z nią nie może łączyć. Wiecie, takie rzeczy się czuje. Poza tym odrzucała mnie wizja życia w szczęśliwym trójkącie.
Pewnego wieczora, już w moich czasach, Anusia została na noc w starym młynie pod pretekstem, że taksówka droga (jak wiemy - 20 euro) i że rano idą z Heniem w góry. Wieczorem dzwonili do mnie rozbawieni i pijani. Nienawidziłam takich kolektywnych konwersacji telefonicznych, gdy rozmawiasz z jedną osobą, a druga wykrzykuje zza pleców jakieś pozdrowienia. Wkurzyło mnie to i w zasadzie byłoby jedną z czerwonych flag, gdyby nie to, że zaraz potem matka Anusi ciężko zachorowała, co Anusię od Henia radykalnie odsunęło, do tego stopnia, że stracili kontakt. Anusia zniknęła z naszego pola widzenia, co być może też było gwoździem do trumny naszego związku, bo Henio wyznał kiedyś, że Anusia jest jego największą miłością. Jeśli tak, trzymamy kciuki za połączenie tej pary teraz, gdy nikt nie stoi im na drodze do szczęścia.

Anusię poznałam już w pierwszy saksoński weekend. Henio zaplanował wycieczkę w góry w trójkę. Anusia przyjechała więc rano, od razu wpadła do kuchni, gdzie poczuła się jak u siebie, wyciągnęła chleb, zrobiła sobie tosta i zjadła.
A potem pojechaliśmy w trójkę tuż za czeską granicę. Nigdy nie byłam fanką wchodzenia pod górę – bolą cię nogi, zaczyna brakować ci tchu, trzeba uważać na płożące się pod nogami korzenie drzew, czasami na kamienie, mniej lub bardziej śliskie lub szpiczaste… a potem na dodatek trzeba zejść z tej góry, co czasami jest trudniejsze niż wspinaczka.
To właśnie wszystko było na tej pierwszej naszej wspólnej ścieżce. Sama obecność Henia była dla mnie wystarczającą motywacją, miałam na sobie jego bluzę, bo oczywiście nie przyjechałam wyposażona w żadne sportowo-turystyczne ciuchy i myślałam, że przed nami jeszcze wiele takich ścieżek i takich gór, które nawet skłonna byłam polubić.
A na górze, na płaskim kamienistym szczycie, otworzył się przede mną widok na feerię barw jesiennych drzew, żółto-czerwono-zielone morze, z którego co jakiś czas, jak wyspy, wyłaniały się sąsiednie góry. Nad tym wszystkim słoneczne październikowe niebo, a koło mnie facet, który nie tylko wydawał się perspektywicznie rokujący, ale też wyciągnął z plecaka butelkę szampana i rozlał go do przyniesionych kieliszków.
Romantyzm tej sytuacji i tego miejsca był obezwładniający. Byłam królową życia.

Pewnego wrześniowego dnia Lusia, mój beniaminek, przyszła ze szkoły wyraźnie zbulwersowana.
- Jaki cringe!
Po moich dłuższych naleganiach wytłumaczyła, o co jej chodzi.
- Grażyna wie, że podoba mi się Michał. I teraz ona polubia jego storiski na instagramie i wysyła mu serduszka.
- No i?
- No a jest taki niepisany dziewczyński kodeks, że jeśli twojej bestie podoba się jakiś chłopak, to ty nie masz prawa go zaczepiać, polubiać czy coś.
Ten niepisany dziewczyński kodeks – nazwijmy go może grą fair play – w Saksonii nie istniał. Bo jedna z wielu dziwnych bajek ze starego młyna mogłaby zaczynać się tak:
Były sobie pewnego razu dwie przyjaciółki: słodka Anetka i szara Anusia.
Szara, ponieważ miała szarawe włosy, szarą cerę, a jasne, małe oczy obrysowywała ciemną kredką, co ją bardzo postarzało. Dodatkowo Anusia miała jakąś wadę wymowy, chyba trochę szczękościsk i sepleniła.
A słodka Anetka dlaczego słodka? Nie, nie była słodka, była twardo stąpającą po ziemi Niemką. Słodka, bo taką chciał ją widzieć wciąż jej były mąż, wzdychający nad jej zdjęciami i wyrażający się z niekłamanym podziwem o jej aktywności fizycznej i dbałości o ciało. No, ta dbałość przejawiała się czasami zupełnie nieoczekiwanie.
Obie - Anetka i Anusia - były do siebie fizycznie podobne: obie niewysokie, pozbawione biustu, drobne, z wąskimi ustami i podobnym głosem. Były ponadto sąsiadkami, ich ogrody dzielił tylko płot. Po lewej mieszkała Anetka z Heniem i dziećmi, po prawej Anusia ze świeżo poślubionym mężem i dziećmi.
I oto pewnego razu - niestety nie znam fascynujących szczegółów tego wydarzenia - Anetka bzyknęła się z mężem Anusi. Powiem szczerze, że rozgrzeszam tego faceta, bo po ciemku mógł się nawet pomylić, tak były podobne. Nie rozgrzeszam jej, bo akurat ci dwaj mężowie fizycznie bardzo się od siebie różnili.
Jak się domyślacie, Anusia nie była zachwycona faktem, że po pół roku małżeństwa już została zdradzona, i od męża odeszła. Co do zdradzonego Henia, jakoś przełknął ten afront - prawdopodobnie nie pierwszy zresztą - i jawnogrzesznicy wybaczył.
Przepraszam teraz za mój antyfeministyczny wtręt – jak bardzo nudną, być może konserwatywną kochanką musiała być Anusia, że jej mąż szukał innych rozrywek seksualnych już po pół roku od ślubu zamiast delektować się bliskością i namiętnością pierwszych miesięcy z żoną? Ale to w końcu była Saksonia.
Przyjaciółki przestały być przyjaciółkami i Anusia do dziś twierdzi - co słyszałam na własne uszy - że słodka Anetka jest złym człowiekiem. Im dalej jestem w czasie i przestrzeni od tego miejsca, tym bardziej przyznaję jej rację.
Jakiś czas później, gdy Anetka już nie chciała wybaczenia i w ogóle nie chciała swojego męża, po rozpadach związków, Anusia i Henio zbliżyli się do siebie i zostali przyjaciółmi. Próbowali podobno zostać czymś więcej, nawet się raz pocałowali, ale ona nie chciała zrobić kroku dalej. Byli zatem bardzo blisko, ona sypiała u niego w (podobno) gościnnym pokoju, wyjeżdżali razem na urlopy i opowiadali sobie wszystko, choć Henio kiedyś doszedł do wniosku, że uważa ją za głupszą od siebie. Co było prawdą, podobnie jak to, że Henio nie miał oporów przed wyrażaniem swojej krytyki, oczywiście, za plecami zainteresowanych.

W remontowanej ruinie mieszkali też w jedynym wykończonym mieszkaniu Marylka i Mirek, małżeństwo dzielące swoje życie między Niemcy i Norwegię, bardzo sympatyczni pięćdziesięciosiedmiolatkowie. To Marylka uświadomiła mnie - niestety dobre pół roku za późno - że z trzech muszkieterów Henio jest najbardziej fałszywym i niegodnym zaufania człowiekiem. Zadzwoniła kiedyś do mnie, już po usunięciu mnie z młyna, i powiedziała:
- Nie zasługiwał na ciebie. Kiedy go poznaliśmy z Mirkiem pięć lat temu, gdy się tu wprowadzał, Mirek powiedział – patrz, ci młodzi są sympatyczni, ale ten Henio jest fałszywy. Nie patrzy ci w oczy, jakiś taki dziwny jest.
Dlaczego, och Marylko, dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej?
Marylka była jedną z tych osób, do których od początku czujesz sympatię. Miała delikatną, kobiecą twarz, choć nosiła się po męsku i Henio nawet mówił, że ona jest kimś pomiędzy mężczyzną i kobietą. Co do mnie, jestem człowiekiem niechętnym jakiejś przypadkowej bliskości czy przekraczania tej strefy komfortu, którą każdy z nas ma, a ja mam wyjątkowo obszerną, ale w przypadku Marylki nie czułam żadnych oporów przed przytuleniem jej czy pocałowaniem na powitanie. Było to dla mnie samej dość zdumiewające odkrycie. Marylka była dobrym człowiekiem, czułym, troskliwym i chętnym do pomocy. Jej chęć pomocy, uczestniczenia w organizowaniu życia w tej ogromnej posiadłości czy choćby przy budowie nieszczęsnego pieca do pizzy – jak się okazało – drażniła Henia, który pewnego dnia powiedział:
- Śmieszna jest ta Marylka, jak tak chce pomagać.
Henio twierdził też, że małżeństwo Marylki i Mirka to związek oparty tylko na finansach, pozbawiony kompletnie miłości. Mirek był właścicielem ruiny, człowiekiem dość zamożnym i - jak wiemy - słabego zdrowia. Kiedy zatem nastały niebezpieczne czasy COVIDu, ożenił się z Marylką - zdaniem Henia - tylko po to, by w razie jego śmierci cały majątek nie przepadł z braku spadkobierców. Tymczasem Marylka dbała o niego i chuchała, zapisała się na specjalne studia w Szwajcarii z zakresu naturopatii tylko po to, by móc go skuteczniej wspierać. Na pewno ta nie-miłość była dużo bliżej prawdziwego uczucia niż deklarowana przez Henia werbalnie miłość do mnie. Ale, jak już wiemy, Henio lubił wydawać negatywne opinie na temat wszystkich i wszystkiego.

21. „Niezwiązani, samotni mężczyźni przypominają pustostan.”
(H. Koch)
Ja w mej bezbrzeżnej złośliwości nazwałam to miejsce – już gdy stamtąd odeszłam - Schwul Café. Kawiarnia pedałów. W końcu było to trzech samotnych facetów spędzających ze sobą upojne godziny… kto wie, co oglądali na telefonach, o czym mówili i co robili.
Więc te dwa garaże – Saszki i Henia - to był locus amoenus mieszkańców młyna. Jakieś stare, chyboczące się krzesełka, skrzynka piwa i wszystkie popołudnia były zorganizowane. Pewnego niedzielnego popołudnia, wiele miesięcy później, gdy siedzieliśmy na tarasie, Henio postanowił zajrzeć do garażu. Czułam, że go tam ciągnie, że brakuje mu tej garażowej egzystencji, z drugiej strony nie trzymałam go, nie potrzebowałam niańczenia 24/7, chciałam, żeby sobie sam gdzieś poszedł czy pojechał motorem. On jednak przyklejał się do mnie z niezrozumiałych dla mnie przyczyn. Tego więc popołudnia po raz pierwszy poszedł do garażu beze mnie i wrócił nieoczekiwanie po kwadransie, gdy ja przewracałam kartkę książki.
- I co tam słychać? – zapytałam.
- A nic, takie tam bla bla bla jak zwykle.
Cóż, sama trafniej bym tego nie podsumowała.

20. „Był nie tylko kulturalnym i mało pijącym, ale również mądrym i przewidującym Rosjaninem”
(S. Łukjanienko)
Na pierwszym piętrze mieszkał Saszka, eksport z Rosji, najbogatszy z nich wszystkich, pracujący w kredytach na nieruchomości. Saszka mówił po niemiecku z rosyjskim akcentem, mniej więcej takim, jakiego ja używałam, gdy kpiłam z jednego z moich amerykańskich studentów – mówiłam twarde polskie R i wymawiałam końcówki, a mój amerykański crush krzyczał wtedy na mnie:
– Przestań do mnie mówić z rosyjskim akcentem!
Kiedy pierwszy raz usłyszałam Saszkę mówiącego po niemiecku, pomyślałam, że to jakiś facet ze wsi i mówi jakąś wiejską gwarą. Co ciekawe, kiedy zapytałam o to Henia, on zupełnie tego nie słyszał, i to mimo że był obdarzony słuchem absolutnym. Saszka mówił po prostu po swojemu, na dodatek wyglądał na nieokrzesanego i dzikiego. Cały swój wolny czas spędzał ubrany w jakieś złachane, brudne ciuchy w obskurnym garażu, do którego przychodzili popołudniami wszyscy sąsiedzi i znajomi oraz – jakżeby inaczej – byłe i niedoszłe kobiety sąsiadów i znajomych. Siedział tam na zdezelowanym krzesełku, oglądał coś na małym, kineskopowym telewizorku i pił alkohol. Jego pasją były motocykle, miał ich pokaźną kolekcję i zaraził tą pasją Henia. Co jakiś czas Saszka i jego ekipa jeździła na jakieś motocrossy, często do Polski, gdzie z radością taplali się w błocie, prawdopodobnie nie zmieniali majtek i nie myli zębów.
Jedynym przejawem tego, że Saszka ma ludzkie uczucia, było to, że miał dwa syberyjskie koty, o które bardzo dbał i z którymi rozmawiał.
Henio opowiadał, że Saszka, którego życie podsłuchiwał przez sufit, przez dwa lata miał kobietę, obecnie również bywalczynię garażu, ale że uprawiał z nią seks tylko raz. Henio mówił też, że Saszka jest brudasem, że dba o porządek w domu, ale cała reszta to syf. I rzeczywiście, i garaż, i otoczenie garażu świadczyło o tym, że Henio miał rację. Rano walały się tam puste butelki po piwie, leżały kapsle i niedopałki papierosów – mnie taki widok doprowadziłby do szału.
Saszka pracował w nieruchomościach, dobrze zarabiał, pijał dobre alkohole i palił cygara po 10 euro za sztukę. Miał w sobie pewną słowiańską fantazję, obcą pozostałym mieszkańcom młyna, pozwalającą mu na dogadzanie sobie. Saszka nie żałował pieniędzy na swoje pasje, co dużo uboższemu Heniowi niezmiernie imponowało. Poza tym był dziwny, niby inteligentny, ale w jakiś mało porywający sposób i ja osobiście wolałam trzymać się od niego z daleka. Miał też dziwną, niepokojącą cechę – gdziekolwiek się pojawiał, zabierał całą energię tego miejsca. Mimo swojej nieatrakcyjności, dominował otoczenie, tak jakby pobierał energię od otaczających go ludzi. Nawet Henio, skądinąd dość wygadany, przy nim dziwnie milkł, a gdy próbował żartować z Saszką, jego żarty zawisały w powietrzu, jakby nie mogły się przebić. Henio w gruncie rzeczy ogromnie zazdrościł Saszce pieniędzy, często zresztą powtarzał mi, że jego zdaniem to niesprawiedliwe, że taki oto Rosjanin, który w szkole powtarzał klasę, zarabia więcej od niego.
Jakby zapomniał, że jego własny syn też powtarzał klasę.
Zazdrościł Saszce też tego słowiańskiego luzu, niezależności, która pozwalała mu wyjeżdżać kiedy chce i gdzie chce, tego nieliczenia się z nikim i niczym.
Ideałem bywalców garażu było takie właśnie - niezależne, wolne, swobodne - życie. Ponieważ Saszka – jak przypuszczał Henio – był albo aseksualny, albo był homoseksualistą przed coming outem, jemu ta niezależność przychodziła bez trudu. Mający o sobie romantyczne mniemanie Henio szukał tej drugiej połówki z uporem godnym lepszej sprawy, ale w gruncie rzeczy chciał być taki jak Saszka. Na ile ta postać była dla niego ważna, świadczy to, co wyrzucił z siebie wiele miesięcy później w czasie rozmowy telefonicznej:
- Musimy ze sobą zerwać, bo ty masz problem z Saszką.
Potem wypierał się tego zdania, mówił, że chyba był pijany, ale że rozmowa odbywała się o godzinie 14, prawdopodobnie był jednak trzeźwy i prawdopodobnie wyrzygał coś, co leżało mu na wątrobie.
Bardzo długo dociekałam, czy Henio uważa Saszkę za przyjaciela. Henio zawsze odpowiadał, że to tylko jego sąsiad, ale nie przyjaciel. Z drugiej jednak strony ogromnie liczył się z jego zdaniem i skrycie go podziwiał.
Pewnego popołudnia przyjechałam na parking, na środku którego na dwóch krzesłach naprzeciwko siebie siedzieli Henio i Saszka. Najwyraźniej przerwałam im jakąś dyskusję, bo Henio siedział z miną, takim głupawym uśmieszkiem, który widywałam u niego w sytuacjach, gdy nie wiedział, co powiedzieć albo jak zareagować. Saszka, widząc mnie, zapytał:
- Czego ty właściwie chcesz od Henia?
Pytanie dziwne, nie na miejscu, ale odpowiedziałam tak, aby finansista zrozumiał:
- Zainwestowałam w Henia różne rzeczy i chciałabym dostać moje odsetki.
Henio nie zareagował. A ja zaczęłam podejrzewać, że toczyła się tu jakaś niekoniecznie korzystna dla mnie rozmowa i że Henio nie stał w niej na pozycji rycerza swojej damy.

19. „Blondyn - zupełnie jakby urwał się ze Skandynawii. Mogę się założyć, że ma na chacie same meble z Ikei.” (K.B. Miszczuk)
Pierwszy niemiecki weekend dał mi też sposobność do poznania sąsiadów, o których tyle się naczytałam na whatsappie. Zostałam oceniona przez garażowe jury (jak pewnie kilka poprzednich i wszystkie następne flamy Henia) i chyba wyszłam z tej oceny dość zwycięsko. Robuś powiedział nawet, że jestem najsympatyczniejsza ze wszystkich dotąd przedstawionych.
Z drugiej strony – tak sobie myślę, że to trochę obciach przyprowadzać do domu co roku nową kobietę, przedstawiać ją znajomym i rodzinie, spać z nią na tym samym materacu, co z poprzednimi. Czy wychodzisz wtedy w ich oczach na gieroja podrywu, Casanovę, czy jednak na zwykłego nieudacznika? Kurczę, spierdoliłeś tyle związków, może z tobą jest coś nie tak? Z tego, co zdążyłam zauważyć, w tym świecie nawet przyjaciele nie zadają sobie takich pytań, nie komentują i nie oceniają. Poprzestają na small talkach, tak jest bezpieczniej. Kiedy zapytałam o to moją niemiecką studentkę, powiedziała:
- Pytanie o takie rzeczy byłoby niegrzeczne.
Aha.
Z trzeciej strony - i to do mnie dotarło po jakimś czasie - o wszystkich swoich znajomych, przyjaciołach, kobietach Henio miał zawsze coś złego do powiedzenia. Komentarz do zachowania, do trybu życia, do wyglądu, do pracy, do sposobu spędzania wakacji... wszystko mogło być przyczynkiem do krytycznego opisu.
Robuś był najmłodszy z nich i mieszkał na poddaszu. Świeżo przekroczył czterdziestkę, był chudym bladym blondynem. Pracował w znanej sieci sklepów, miał charakterystyczny śmiech (który Henio porównał do hieny) i posiadał na stanie około dziesięcioletnią córkę. Z mamą córki miał opiekę naprzemienną, więc Lotka spędzała tydzień u tatusia i tydzień u mamusi.
Mama córki uciekła od Robusia tuż przed ślubem do innego mężczyzny, z którym założyła nową rodzinę. Jak widać, widmo zdrad i ucieczek było wspólnym mianownikiem mieszkańców młyna. Robuś, gdy jeszcze tam bywałam, zaczynał związek z nową kobietą, która też porzuciła wcześniej męża i trzech synów, ale nie wiadomo mi, czy ta relacja przetrwała. Anetka zamieniła jednego faceta na drugiego, trzech synów (z których najmłodszy miał może z siedem lat) na jedną pasierbicę i zdawała się uważać, że to jest w porządku. Oczywiście z byłym już mężem żyła w przyjaźni, rzekomo dla dobra dzieci. Prowadziła w hipsterskiej dzielnicy Drezna kwiaciarnię i robiła piękne reklamowe zdjęcia na instagramie.
Zawsze zaskakiwała mnie niemiecka mentalność w tej sprawie – brak zdrowego rozsądku i zwykłej przyzwoitości. Pary rozwodziły się i tak naprawdę nic się nie zmieniało, poza tym, że nie mieszkali razem, a sam rozwód dawał przyzwolenie na sypianie z kim popadnie. Oprócz tego byli małżonkowie do siebie dzwonili, konsultowali wszystkie sprawy dotyczące ich dzieci, nawet gdy dzieci były na tyle dorosłe, by kontaktować się samodzielnie, chodzili razem na kolacje do restauracji, wyświadczali sobie drobne przysługi… Ilekroć opowiadałam o tym w Polsce, oczy moich słuchaczy robiły się coraz większe i w końcu padało pytanie:
- To po co się w ogóle rozwodzili?
No właśnie.
To samo zresztą dotyczy byłych teściów, którzy utrzymują z byłymi synowymi nad wyraz ciepłe relacje – czego byłam świadkiem.
Anetka chyba wpadła w oko Heniowi. Po przedostatniej flamie została mu predylekcja do wysokich kobiet z jaskrawymi ustami, obwisłymi ramionami oraz dużym brzuchem, ubranych w bezkształtne sukienki. Nie mógł się nachwalić, że Anetka dba o Robusia, piecze mu kurczaki i organizuje mu dom. Anetce zresztą zdarzało się schodzić do sąsiada po sól czy szklankę cukru, jak to między sąsiadami bywa, i kto wie po co jeszcze. W czasie naszej ostatniej podróży samochodem, gdy radziłam Heniowi, by pogadał z jakimś przyjacielem o naszej sytuacji, o swoich problemach i obawach, kto pierwszy przyszedł mu do głowy? Nie sąsiedzi, których znał od lat, nie jego najlepsza przyjaciółka Anusia, nawet nie ukochana, wspaniała ex żona, ale - właśnie ona, Anetka. Intuicja powiedziała mi, że nie bez powodu właśnie ona.
Co do samego Robusia, był miły, dowcipny, mówił dość porządnie po angielsku, natomiast jego niemiecki niestety nie był hoch deutschem, więc rozumienie go często pozostawało poza moimi możliwościami.
Pewnego dnia, w czasie któregoś grilla, podwinięty t-shirt pozwolił mi kontemplować biały, nieowłosiony, galaretowaty brzuch Robusia, totalnie nieapetyczny. Robuś chyba zauważył mój wzrok, bo szybko poprawił t-shirt, a ja pomyślałam, że przy nim Henio to ho, ho, jest cudnym mężczyzną.

Oczywiście jadąc do Henia miałam w głowie obawy, czy niemiecki przysłowiowy Ordnung nie objawia się u niego jakimiś paroksyzmami przestawiania, ustawiania, poprawiania i pouczania mnie, ale kiedy weszłam do dużego pokoju i pierwsze, co zobaczyłam, to był zawalony papierami stół, pomyślałam, że jest dobrze. Potem w sypialni na pufie leżała góra ciuchów – wiecie, takich, co to jeszcze za czyste, by prać, i za brudne, by chować do szafy, taka poczekalnia dla ubrań – i poczułam się jak w domu.
W kuchni długie, czarne blaty zastawione były rozmaitymi klamotami – pojemnikami, koszykami i koszyczkami, zapasem tea lightów, jakimiś zbiorowiskami drobiażdżków typu monety, gumki, pendrivy i wszystko, co na pewno pewnego dnia się przyda. To nieco drażniło moją duszę Perfekcyjnej Pani Domu (blaty mają być puste!), ale postanowiłam nie zaczynać mojego życia tam od rewolucji. Kiedy dużo później próbowałam zlikwidować jedną taką kupkę, stanowczo zaprotestował, więc przywiozłam zgrabny koszyczek i wszystko włożyłam do koszyczka. Swoją drogą – ciekawe, czy ocalał po tym, jak Henio pozbywał się z domu wszystkiego, co miało związek ze mną.
Henio tak naprawdę miał dwie obsesje porządkowe.
Po pierwsze, po kąpieli ściągał wodę z podłogi prysznica do odpływu. Druga obsesja związana była ze zmywarką: nie wolno było dopuścić pod żadnym pozorem, by na talerzach znalazły się molekuły skorupek od jajek lub atomy ziemniaków purée, ponieważ, zdaniem Henia, zatykało to otwory w śmigłach. Nie protestowałam, talerze opłukiwałam, jego dom, jego prawo.
Przy czym naczynia w zmywarce ustawiał Henio w taki sposób, że mi jeżyły się włosy. Byle jak, byle wlazło. Bez żadnego porządku, ładu i składu. W tej akurat kwestii byłam dużo bardziej niemiecka niż on.
Poza tym był czysty i schludny. Zamykał klapę od toalety (tak, tak, nie do wiary), zawsze czekała na mnie świeża pościel i ładnie pościelone łóżko, podłogi były umyte. Widziałam też, że składał bokserki w kostkę i sam prasował. Jednym słowem, jak na mężczyznę, było nieźle. Nigdy też nie woniał żadnym przykrym męskim zapachem.
Miał też odmienne od moich zwyczaje żywieniowe. Po sutym śniadaniu, zjedzonym w kuchni przy specjalnym wyciąganym blacie w charakterze stołu, następnym posiłkiem była obiadokolacja. Jeżeli był w pracy i akurat klienci zaprosili go na jakieś jedzenie, oczywiście korzystał z tej uprzejmości, ale w domu do wieczora nie jadł nic. Było to o tyle męczące, że na przykład, gdy zwiedzaliśmy Drezno, miałam ochotę wejść do jakiejś kawiarni na kawę, usiąść na tarasie i po prostu patrzeć na ludzi. Przechodzenie późną jesienią obok stoisk oferujących Bratwursty w bułce z sosami i kapustą również wymagało pewnej odporności na unoszące się wokół smakowite zapachy. Takie przypadkowe uliczne jedzenie czy wchodzenie do kawiarni na kawę w świecie Henia nie wchodziło w grę. Dopiero pół roku później, na Majorce, udało mi się go namówić i, o dziwo, przystał na to z ochotą. Do dziś nie wiem, czy niepójście do kawiarni było efektem nadmiernej oszczędności czy po prostu nie odczuwał z tego powodu żadnej przyjemności.
Te obiadokolacje spożywane były przed telewizorem, przy niskiej ławie, co oznaczało, że moje plecy były wygięte w łuk, a Henio po prostu siedział na podłodze.
Henio interesował się głównie swoją pracą, hokejem i futbolem oraz motorem. Czytywał tylko gazety na telefonie, a w jego domu nie było książek. Raz w tygodniu nocował u niego syn, czasami Henio odwiedzał rodziców, z rzadka jeździł w gości lub ich przyjmował, ponieważ to wymagałoby wydania pieniędzy, czego Henio nie lubił. Tak, był więcej niż oszczędny. Na ostatnim wspólnym wyjeździe na Maderę poprosiłam go, żeby kupił mi okulary za 10 euro, zostawiłam wtedy torebkę w samochodzie, więc chciałam oddać mu te pieniądze po powrocie do samochodu. Niestety, moja prośba została zbyta milczeniem.
A ja nie ośmieliłam się jej powtórzyć.
Innym razem poprosiłam go o płyn do spryskiwacza w samochodzie, bo moje auto nerwowo mrugało kontrolką, jakby bez tego nie mogło żyć. Dostałam – wodę z płynem do mycia naczyń. Tanio i szybko.

Pokonawszy szczęśliwie ponad 300 km, dotarłam na parking pod grecką restauracją, gdzie czekał na mnie – on. (Dodam, że był to jedyny raz, gdy chciało mu się wyjść przed dom i na mnie czekać. Nigdy więcej się to nie zdarzyło.) Ubrany już w domowe ubranko, które mnie nieprzyjemnie zaskoczyło – słynne dżinsy jakby pozszywane z kawałków dżinsu, szerokie, bezkształtne, bezsprzecznie wygodne i okropne.
Wtedy poznałam to mieszkanie, które do tej pory oglądałam tylko na zdjęciach i którym się zachwycałam.
Wnętrze było przepiękne i stylowe. Oczywiście było ciemne, bo to parter, miało niskie falowane sufity – co onegdaj służyło wygłuszeniu pomieszczeń, ponieważ, jak wiemy, na dole znajdowała się po prostu zagroda dla zwierząt. Miało trzy pokoje, przy czym z klatki schodowej, wyjątkowo wąskiej i nieprzyjaznej jak na tak piękny budynek, wchodziło się bezpośrednio do dużego pokoju, z którego następnie można było przejść do korytarza łączącego pozostałe pomieszczenia. Tylko okna kuchni wychodziły na południe i na taras, niestety tu akurat parapety zastawione były roślinami. Z tego, co było mi wiadomo, mieszkanie zostało kupione z prawie całym wyposażeniem, więc ręki i gustu Henia – albo raczej jego byłej żony, bo ona miała decydujące zdanie w jego życiu – niewiele tam było.
W salonie stał potężny, zapraszający narożnik. Było nastrojowe oświetlenie, drewniana ława i stół z krzesłami, dywan. Telewizor, komoda, przytulny, bordowy koc, mnóstwo poduszek, swojsko, tradycyjnie, miło. I wszystko pod kolor.
Duża, ciemna sypialnia z ogromnym łóżkiem i szafą pachniała tak, jak dawno dawno temu pachniało mieszkanie mojej babci w starej wrocławskiej kamienicy – przyjemna mieszanka zaduchu, starych murów, tkanin, nieusuwalna nawet po długim wietrzeniu. Lubiłam tę woń - zapach intymności i spokoju. Wielkie porte fenêtre wychodziło na skrawek rabatki i na tuje, za którymi, jak wiadomo był parking dla pojazdów mieszkańców i kubły na śmieci.
W dużej, dekoracyjnej wnęce w grubej na kilkadziesiąt centymetrów ścianie szczytowej stały wazony, a w jednym z nich – zasuszony bukiet kwiatów. Jak się po roku dowiedziałam, był to bukiet kupiony przez Henia spontanicznie dla Romci, którego to bukietu ona nie przyjęła. Stał więc tam już ponad dwa lata i był świadkiem przybywania kolejnych kobiet, którym Henio – być może tak jak mi – kwiatów już nie kupował. Ja dostałam je od niego dwa razy – raz na urodziny (z pudełkiem czekoladek) i raz, bo wyraźnie zasugerowałam, że sprawiłoby mi to przyjemność. Lista prezentów Henia dla mnie nie jest, jak widać, imponująca.
Obok sypialni znajdował się pokój dzieci lub biuro Henia, najciemniejszy, najbardziej ponury ze wszystkich, urządzony przypadkowymi meblami, na przykład ogromnym czarnym biurkiem, najprostszymi regałami z Ikei w kolorze dębu czy białym łóżkiem, które za darmo oddała Heniowi jego przyjaciółka. Powiedzielibyśmy – niskobudżetowo. Porte fenêtre wychodziło na tę samą rabatkę, co okno sypialni, tylko że dokładnie vis à vis znajdowała się drewniana szopa, bezsensowna konstrukcja w niefortunnym miejscu, dzięki czemu do tego pokoju nigdy chyba nie dochodziło słońce. Taka trochę zimna, niedogrzana w czasie mrozów nora, której przytulności nie dodawała nawet sieć z lampkami zawieszona romantycznie na ścianie nad łóżkiem.
Najpiękniejsza była łazienka z ogromnym prysznicem, dwiema umywalkami, oknem na jasną stronę świata. Henio planował dorobić w niej dodatkowa półkę na ręczniki pod blatem, ale jak wszystko w tym miejscu – piec do pizzy, mieszkania w ruinie – także i ta realizacja nie doszła za moich czasów do skutku.
Kuchnia z czerwonymi frontami i czarnym blatem była oryginalna i wygodna, miała tylko tę wadę, że była ciemna. Miała po prostu niewystarczające oświetlenie, którego Henio za chińskiego boga nie chciał zmienić. W jeden z pierwszych weekendów uporządkowałam szufladę z produktami sypkimi, lokalizując w pudełku z płatkami całkiem sporą, zadomowioną kolonię zwierzątek. Pudełka były oczywiście podpisane – wiecie: mąka, płatki i tak dalej – przez byłą żonę. Wyglądało to tak, jakby słodka Anetka wpadła tam, zanim on się wprowadził, i urządziła mu życie, które mu wcześniej skutecznie zepsuła. Do kompletu ja podpisałam po polsku pojemnik na mąkę i w ten oto sposób ślady po nas dwóch zostaną na wieki wieków w Heniowej szufladzie.
W mieszkaniu była też malutka ubikacja, pralnia z oknami na taras – paradoksalnie najjaśniejsze pomieszczenie - oraz schowek pod schodami. W oknach, w przejściu z salonu na korytarz i z korytarza do kuchni wisiały ciężkie bordowe zasłony na przelotkach. Czasami zastanawiałam się, czy ktoś je kiedyś pierze, ale nie wnikałam.
To mieszkanie i to życie miało ogromny potencjał.
Poza tym Henio kochał świece. W salonie stało kilka sporych lichtarzy i świeczników i wieczorami światło świec dawało w tym ponurym wnętrzu przyjemną poświatę. Na tle kamiennych ścian i ciemnych kolonialnych mebli płomyki świec wyglądały jak odbicia naszych uczuć - które równie szybko zgasły.

Po kolejnych dwóch tygodniach ja pojechałam do niego.
Żebyście dobrze zrozumieli, dlaczego to była rewolucja – do tej pory moje największe samochodowe podróże to była trasa do Kołobrzegu, dokąd raz w roku udawałam się z dziećmi. Nigdy nie jechałam tak daleko sama, za bardzo się bałam, czy dam radę, czy trafię, czy nic mi się nie przydarzy.
Tym razem – nie tylko sama, nie tylko w zupełnie nowe miejsce, to jeszcze za granicę, bez znajomości miejscowego języka. Dla mnie to było jak powtórne urodziny, przekraczanie własnych granic, odkrywanie nowych możliwości. Za to odkrycie nowej mnie jestem mu wdzięczna. Byłam dumna z siebie.
Co oznacza, że dla miłości można zrobić naprawdę dużo.
330 kilometrów podzieliłam sobie w głowie na sześć odcinków – S5, potem zwykła droga krajowa, potem S3, potem A4 w Polsce, potem A4 w Niemczech i ostatnie kilometry między A4 a Pirnburgiem. Gdy o tym kiedyś rozmawialiśmy, Henio przyznał, że on też tak samo dzielił sobie tę podróż. Często miałam wrażenie, że myślimy podobnie, że on zaczyna zdanie, ja kończę, że czujemy tak samo.
Nawet to, co ostatecznie było jednym z powodów, dla których mnie znienawidził – że wchodziłam na komunikatory prawie w tym samym czasie co on albo zaraz po nim i odpisywałam – było dla mnie dowodem na pokrewieństwo dusz, na to, że myślimy o sobie w tym samym momencie. „Pokrewieństwo dusz” to pokłosie nadmiernej pasji do „Ani z Zielonego Wzgórza”, obowiązkowej lektury wszystkich nastolatek. Takie książki powinny być zakazane, bo dla Henia, jak się okazało, pokrewieństwo dusz to był stalking, a ja byłam tylko zwykłym, prymitywnym stalkerem, polującym na niego w internetach.
Tyle zostało z wielkiej miłości.
Tak długa droga, którą – jak skrupulatnie policzyłam – pokonałam sześćdziesiąt razy była nie tylko kosztowna, jeśli chodzi o benzynę, ale także – mandaty. Mam ciężką nóżkę, zwłaszcza odkąd do rodziny dołączył mój ukochany nowy samochodzik, który pozwalał na rozwijanie prędkości niezgodnej z ograniczeniami. Za pierwszym razem na autostradzie pod Wrocławiem drogę zajechał mi czarny opel i mrugnął „Policja” na tylnej szybie. Cóż, bywa. Jestem fanką służb mundurowych, więc grzecznie zjechałam na parking. Panowie policjanci przystojni, mili, ja nawet dużo za szybko nie jechałam (co to swoją drogą za bzdurny pomysł, żeby na autostradzie było 110?), poszli do auta pisać mandat. Czekam. Po pięciu minutach:
- Pani Beato, prosimy do nas.
I pani Beato to, pani Beato tamto, a pani Beato tu proszę docisnąć i podpisać. Jeszcze pięć minut i zostaniemy przyjaciółmi i zaproszę go na święta albo będę jego dziecko trzymać do chrztu.
A ponieważ jestem miła, zagaduję do pana aspiranta:
- Tyle słyszałam o tych mitycznych czarnych samochodach…
- Naprawdę?
- No ale myślałam, że BMW jeździcie…
- Mieliśmy BMW, ale nam ciężarówka rozbiła.
- Ojej, ale kierowca ciężarówki mandat chyba duży dostał?
- Nie. Kolega policjant, bo to jego wina była.
Nie powiem, zabawnie było.
Za drugim razem zostałam przestępcą międzynarodowym, ponieważ saksońska policja prawie wysłała za mną list gończy – omalże wanted dead or alive. Tym razem na autostradzie pod Pirnburgiem rozpędziłam się o 36 kilometrów za dużo. Radary w Niemczech są w ogóle wredne, w różnych kolorach, schowane za płotem, za drzewem, za przystankami autobusowymi (budżet Niemiec potrzebuje pieniędzy, to dlatego), na dodatek co jakiś czas policja instaluje przenośne radary tam, gdzie im fantazja podpowie. No i zostałam ofiarą takiego właśnie moblinego radaru, co kosztowało mnie – uwaga – dwieście euro plus koszty administracyjne. Henio skwitował to bez emocji:
- Miałem ci powiedzieć, że wczoraj tam radar postawili, ale zapomniałem.
Szkoda.
Dwa tygodnie po pierwszej wrocławskiej randce spotkaliśmy się w Poznaniu. Wynajęłam świetne mieszkanie na airbnb, a samochód zaparkowaliśmy na moim służbowym parkingu pod uniwersytetem. Pokazałam Heniowi nie tylko miejsca, których sam by nie odkrył, jak na przykład budynki uniwersytetu od środka z fantastycznym wnętrzem i witrażami Collegium Maius czy kampusem na Morasku, ale także miejsca, w których ja sama nie byłam. Brama Poznania okazała się być zachwycającym interaktywnym muzeum, do tego wąskie, klimatyczne uliczki Śródki ze słynnym muralem. Odkryliśmy też razem świetną regionalną restaurację Hyćkę, w której udało nam się cudem dostać stolik. Do tej restauracji, jak do symbolu moich relacji, wracałam potem z każdym kolejnym crushem, także po to, by odczarować to miejsce i nie kojarzyć go więcej z Heniem. Urocza pani kelnerka schylała się czasem do mnie i szeptała:
– Ten to fajny misiaczek, prawda?
Zazwyczaj miała rację. Trafiam na same fajne misiaczki.
Henio przywiózł ze sobą całą torbę wiktuałów – wino, orzeszki, jakieś słodycze - i pomyślałam, że to taka ich rodzinna tradycja, żeby nie przyjeżdżać z pustymi rękami. Więc jeżdżąc do niego też brałam rozmaite rzeczy – wiedziałam, że jego syn lubi ciasteczka Bebe, a sąsiad Prince polo i że nie pogardzą polskimi pierogami… nie zdarzyło mi się przez te wszystkie weekendy po prostu przyjechać, zawsze coś miałam. Jakieś ciuchy dla Henia, t-shirt, sweter, bluza. Potem przywoziłam też polską benzynę i papierosy, wiadomo, taki deputat od bogatych Polaków dla spauperyzowanych Niemców ze wschodu.
Właśnie w Poznaniu odbyliśmy też jedną ważną rozmowę, brzemienną w skutki. To, że zdecydowaliśmy się na „bycie razem”, było oczywiste bez mówienia tego na głos.
- Słuchaj, Heniu, ja mam tyle lat ile mam, ja już się nie chcę bawić w żadne podchody ani randkowanie, chcę po prostu zacząć z tobą normalnie żyć. Chcę spotykać się z tobą co tydzień albo dwa, chcę, żebyśmy razem gotowali, zajmowali się domem, podróżowali, spali, jedli śniadania… chcę normalnego, zwykłego życia.
Oczywiście było to powiedziane po angielsku, możliwie prostymi słowami. Henio siedział, kiwał głową, i stwierdził, że też tego chce. Moim zdaniem była to rozsądna propozycja, pozwalająca nam od razu żyć naprawdę, w prawdziwym związku. W naszym wypadku normalność tego związku determinowała odległość (to było 330 km od domu do domu) oraz – niestety – finanse. Gdyby nie to ostatnie, być może spotykalibyśmy się przez jakiś czas na wyjazdach, w miłych miejscach, które moglibyśmy razem odkrywać, co dodałoby pewnie tej rodzącej się relacji oddechu i świeżości. I dopiero potem przeszlibyśmy łagodnie do zwykłej codzienności. Ale ponieważ było jak było, trzeba było wycisnąć z tych możliwości tyle, ile się da.
Henio cały czas kiwał głową, potwierdzał, wydawało się, że porozumieliśmy się w kwestii oczekiwań. Niespodzianka - wcale nie.
Dopiero po wielu miesiącach dotarła do mnie straszliwa prawda, że Henio kompletnie nie rozumiał, co ja mówię. Jego angielski, jakkolwiek dość komunikatywny, bazował bowiem na słownictwie z tekstów Depeche Mode. Cóż, zadałam sobie trud i przejrzałam dyskografię Depeszów i - oni w ogóle nie śpiewali o takich trywialnych sprawach, początkach znajomości, oczekiwaniach, o układaniu życia we dwójkę i tak dalej. „Words are very unnecessary” było, zdaje się, mottem życiowym Henia.
Henio miał po prostu poważne braki w słownictwie w tym temacie i z tych niby wspólnych decyzji nic a nic nie zrozumiał i wszystko, co potem robiłam, było dla niego szalone, dziwne, za szybkie i do dupy.
Ach, gdyby słuchał Modern Talking… You’re my Heart, You’re my Soul… Cheri cheri Lady… nasze życie usłane byłoby płatkami róż i ubarwione falsetem Dietera Bohlena…
Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam.
Rozmawialiśmy też o – czysto hipotetycznie rzecz jasna - ślubie. On wyobrażał sobie spokojną ceremonię i obiad z rodzicami i dziećmi, a ja nawet policzyłam, ile to będzie razem osób. Wydawało mi się, że obydwoje czekaliśmy na to, żeby spotkać kogoś, z kim o takich rzeczach będzie można spokojnie rozmawiać, coś planować, widzieć wspólną przyszłość.
Dwa tygodnie później, już w Pirnburgu, Henio pokazał mi na ulicy parę staruszków trzymających się z ręce.
- Moi rodzice tak chodzą. Tak wygląda mój ideał związku. Chciałbym tego dla nas.
I dla mnie, naiwnej, zabrzmiało to jak obietnica poranka.
Mówił jeszcze, że jest człowiekiem stworzonym do związku, że nie lubi i nie potrafi być sam, i że życie seksualne jest dla niego bardzo ważne. Czy to będzie spojler, jeśli powiem, że mniemanie Henia na temat jego samego nie miało nic wspólnego z rzeczywistością?
Miał też Henio jedną cechę, która mnie szczególnie ujmowała - potrafił cieszyć się drobiazgami. Ładny widok, dobre jedzenie czy fajerwerki w sylwestra były przedmiotem jego zachwytu przez wiele godzin i opowiadał o nich przez telefon - dzieciom, rodzicom, znajomym - przez kilka dni. Początkowo dziwiłam się temu - no dobra, widok jak widok, kotlet jak kotlet, ale żeby taką mieć przeżywkę? Potem uznałam to za urocze i chociaż nigdy nie czułam aż takiej ekscytacji na widok drzew czy zupy pomidorowej, to doceniałam autentyczność tych zachwytów.
Myślę też, że te zachwyty zwykłymi rzeczami były wynikiem tego, że innych rzeczy - po utracie raju i wypraw do egzotycznych miejsc - Henio nie miał. Tak naprawdę, odkąd zamieszkał w młynie, był po prostu samotnym człowiekiem. Dzieci miały już powoli swoje życie, ich relacje były poprawne, ale niespecjalnie uczuciowe, na wielkie eskapady i przeżycia w dużej skali nie było kasy, więc Henio cieszył się tym, co ma, co zsyła mu życie.
Wtedy jednak, z różowymi okularami mocno siedzącymi na nosie, byłam przekonana, że najważniejsze rzeczy zostały ustalone. Otwierał się przed nami nowy rozdział pełen wspaniałych możliwości, niespodzianek i przygód. I miłości. I seksu. I bliskości.
Henio był – mimo wszystkich wad, problemów i złych rzeczy, które mi potem zrobił - moim człowiekiem.

Po Wrocławiu wróciłam do domu i oświadczyłam córkom, że się zakochałam.
Weszłam w tę relację jak szczeniak jamnika - z entuzjazmem, ufnością i tą beztroską, która z miejsca odmładza cię o dziesięć lat i pozwala widzieć słońce w najbardziej pochmurny listopadowy dzień. Henio przykrył mnie kocykiem bezpieczeństwa i zaufania, i rozkoszowałam się wspomnieniem przytulności jego ramion, tembru głosu, miękkości dłoni, dotknięć ust. Piknięcia telefonu oznajmiające nadejście wiadomości determinowały teraz życie moje życie, do tego stopnia, że w końcu zarchiwizowałam czat z Heniem, żeby tych piknięć nie słyszeć. Zaglądałam po prostu co jakiś czas – to śmieszne, bo pewnie co kwadrans – i sprawdzałam, czy jest coś nowego. Każda nowa wiadomość, każda głupia emotka, które Henio kochał, to był miód na moje złaknione miłości i czułości serce.
Wśród wszystkich wiadomości znalazła się i taka:
[*****2022, 13:36:53] My dear Beata, I've had a big problem since I've been alone. That problem is money. Very simple. That's really also a problem, why I always have trouble sleeping. I am absolutely happy by your side and your plans totally fascinate me. I have never met such a positive woman. We'll get it all sorted out.
I love you ❤
Excuse me, but I want to be honest with you.
Ta wiadomość niestety zdeterminowała bardzo wiele późniejszych moich poczynań. Wiem, że był szczery, pokazywał mi stan swoich kont, nie miałam powodu mu nie wierzyć. Poza tym to rozumiałam – sama spędziłam setki bezsennych nocy myśląc o tym, skąd wziąć pieniądze na proste rachunki, na najpotrzebniejsze rzeczy. Chwytałam fuchy, pracowałam w projektach, każde dodatkowe pieniądze miały już z góry swoje przeznaczenie. Dopiero po śmierci mojego ojca stanęłam na chwilę na nogi i poczułam się pewniej i bezpieczniej. Dlatego też być może – to ja wzięłam na siebie płacenie za większość rzeczy, za które normalnie płaci mężczyzna. Gdy byliśmy w Polsce, płaciłam ja, czułam się gospodarzem. Hotele, kluby, restauracje… Co prawda bieda w euro wygląda inaczej niż bieda w złotówkach, ale ja zawsze znajdowałam możliwość zorganizowania dodatkowej, potrzebnej kasy – on nie. Wiele miesięcy później Romcia – której historię poznacie za kilkadziesiąt stron – usłyszawszy o tym zapytała:
- Chciałaś go kupić?
Takie widzenie sytuacji nie przyszłoby mi do głowy, chciałam po prostu, żeby ze mną było mu lepiej i bezpieczniej niż beze mnie. Żeby się nie martwił i wreszcie spał spokojnie.
Poza tym – uwielbiałam kupować dla niego ciuchy czy zapachy, wolałam kupić coś jemu niż sobie. Już po naszym rozstaniu dostrzegłam w Van Graafie śliczne polówki w bajkowych kolorach i pierwszą moją myślą było – Heniowi dobrze by było w tym kolorze. Och, jak się Romcia ze mnie śmiała!
- Sobie coś kup, idiotko – pisała.
Ktoś kiedyś mówił, że każdy dobry uczynek zostanie ukarany. Ale gdybym dziś mogła bezkarnie kupić coś dla niego, pewnie bym to zrobiła. Dwa lata po rozstaniu wysłałam mu jeszcze prezent gwiazdkowy - zapach Paco Rabanne. Nie mam zupełnie poczucia obciachu z powodu robienia prezentów.

Moja historia była dużo prostsza.
Dziesięć lat mijało od mojego rozwodu. U mojego męża, kolegi z pracy, zauroczyło mnie przede wszystkim nazwisko. Spotkałam go w drzwiach pokoju wykładowców i byłam pod wrażeniem niekonwencjonalnej urody i stylu bycia. Wśród studentów krążyły opowieści o tym, że kto przeżył zajęcia z nim, przeżyje wszystko. Potem jeszcze zauważyłam białe równe zęby (jak się okazało – licówki) i stosunkowo drobne, zgrabne dłonie. Dołożyć do tego władczy sposób bycia i sposób mówienia – i mamy portret. Dopiero za kilka lat miałam przekonać się, jakie demony kryją się pod elegancką marynarką i jak drobne dłonie potrafią bić….
Mój mąż bowiem pił, codziennie, czasem od rana, czasem do rana, potem wstawał, ogarniał się i szedł do pracy, a jak miał wolne, to pił dalej. Z takim piciem nie spotkałam się nigdy wcześniej. Większość upojeń alkoholowych powodowała w nim bezsensowną, oszalałą agresję, skierowaną – jakżeby inaczej – na mnie. Ilu fantastycznych określeń o mnie się nauczyłam! Ile fantastycznych, pełnych emocji wieczorów przeżyłam! Czasem bił, czasem szarpał, czasem tylko wyzywał.
Związek z nim to była sinusoida rozstań, powrotów, awantur, rozstań i tak dalej w mniej lub bardziej dramatycznej formie. Ostatecznie jednak zgodziłam się wyjść za niego za mąż, gdy poprosił mnie o to na lotnisku po moim powrocie ze służbowego wyjazdu do Exeter. Nie dlatego, że oczy przysłoniła mi ogromna, obezwładniająca miłość. Już nie. Moja kalkulacja była prosta – chcę coś mieć po tych wszystkich trudnych, bezsensownych latach. Chcę mieć jego nazwisko i chcę mieć jego dziecko. Żebym wiedziała, że te wszystkie momenty nie poszły na marne.
Mówisz masz, dziewięć miesięcy po ślubie urodziła się Marlenka. Codziennie rano wstawałam o szóstej tylko po to, by ze swoim mężem wypić kawę przed jego wyjściem do pracy – dyrektorował wówczas w lokalnej szkole średniej, i były to najprzyjemniejsze momenty dnia. Niestety, nigdy nie było wiadomo, w jakim stanie psychicznym mąż wróci z pracy – jeśli coś go zdenerwowało lub sfrustrowało, można było być pewnym, że wieczorem nie obejdzie się bez Finlandii. Podobnie w weekendy.
Ostatecznie wyprowadziłam się z jego miasta, zamieszkałam w małym mieście, w charakterze kinder niespodzianki pojawiła się Lusia, a rok później, gdy paroksyzmy alkoholowego szału przeplatały się z małymi złośliwościami dnia codziennego – małżonek niespodziewanie się wyprowadził i kilka miesięcy później sąd orzekł nasz rozwód już na pierwszej rozprawie.
Żeby jednak oddać mu sprawiedliwość, w momentach trzeźwości był to rodzinny, dbający, błyskotliwy i dowcipny człowiek, z którym dobrze spędzało się czas. Myślę, że mnie na swój sposób kochał, a na pewno doceniał to, jaka dla niego byłam w tych dobrych momentach. Wiele lat później, już po śmierci mojego ojca, zdarzyło się kilka razy, że odwoziłam go do domu swoim samochodem. Pewnego dnia rozpłakał się obok mnie na siedzeniu pasażera i powiedział:
- Bo ty jesteś taka dobra, Beti, a ja tego nie widziałem.
Można powiedzieć – dostałam to, co mi się na pewno należało.
Był to jednak, o czym do tej pory nie wspomniałam, mój drugi mąż.
Pierwszego męża, Gabrysia, poznałam tuż przed pierwszym rokiem studiów. Gdy go pierwszy raz zobaczyłam, miał cudne kraciaste dżinsy (hit sezonu, prosto z Turcji), wysokie białe adidasy nie adidasa rzecz jasna i czerwoną koszulę. Dołeczek w policzku. Gładka buzia. Długie nogi. Był po prostu boski. Na dodatek przyznał, że jest harcerzem, no a wiadomo, za mundurem panny sznurem…. Był może tylko trochę za szczupły, ale pomyślałam, że da się go trochę utuczyć.
Nic nie zdarza się przypadkiem, jestem o tym głęboko przekonana. Los ma dla nas jakiś plan, trzeba dać mu szansę.
Trzy dni po pierwszym spotkaniu wylądowaliśmy w łóżku. W środku nocy zadałam Gabrysiowi najgłupsze dziewczyńskie pytanie, którego nie powinno się nigdy w takiej sytuacji zadawać: „Co z nami będzie?”, a Gabryś odpowiedział po prostu „Spikniemy się”, no i miesiąc później mieszkaliśmy razem we Wrocławiu.
Pamiętam taki obrazek, wspomnienie jakiegoś wolnego od zajęć przedpołudnia, gdy przez duże otwarte okno pokoju wpadało do środka wiosenne słońce, ja leżałam jak mnie Pan Bóg stworzył na łóżku z nogami opartymi o parapet i się opalałam. W tej pozycji moje nogi wyglądały na dłuższe i szczuplejsze niż w rzeczywistości, brzuch był płaski, skóra lekko opalona – podobałam się sobie w tej wersji. A gdzieś obok był ukochany facet. Rzadkie uczucie szczęścia.
Była to piękna historia miłosna, która trwała piętnaście lat. W międzyczasie pojawiła się córka Andżela, zmieniliśmy kilka mieszkań, by ostatecznie wylądować w Poznaniu, było dużo przyjaźni, dużo czułości, dużo fajnego seksu, wspólne wejście w nowe dorosłe życie, pierwsza praca, pierwszy pies, pierwszy samochód…. Jestem dziś absolutnie wdzięczna losowi za to, że dał mi tyle lat spędzić z najlepszym, najmądrzejszym człowiekiem, jakiego znam.
Żeby się nie rozgadywać – gwoździem do trumny małżeństwa z Gabrysiem była jego decyzja o wyjeździe do Niemiec. Nie widziałam siebie w roli Hausfrau, a mojej córeczki za dziesięć lat – jako okropnej, szwargoczącej niemieckiej nastolatki. Zamiast jednak negocjować, próbować naprawiać, szukać rozwiązań – odeszłam. Liczba głupich kroków, które wtedy zrobiłam wystarczyłaby na obejście kuli ziemskiej. Zostałam totalnie sama, bez oparcia w nikim, ponieważ moi rodzice uznali moją decyzję za złą i przestali się ze mną kontaktować.
A pierwszy mąż rzeczywiście wyjechał do Niemiec, gdzie ożenił się – z mężczyzną. Może wyszedł za mąż? Nie wiem. Jego chłopak, sporo od niego młodszy, jest świetnym, uroczym gościem. I ja, i moje wszystkie córki go uwielbiamy. Rok wcześniej spędziliśmy kilka dni w Paryżu i był to najlepszy, niezapomniany city break w moim życiu. Co rano Gabryś i Igor szykowali nam śniadanie z pokrojonymi w milimetrową kostkę owocami, różnymi jogurtami, croissantami – w końcu to był Paryż – wędlinami i serami. Włóczyliśmy się wszyscy po mieście, zaliczaliśmy zabytki i delektowaliśmy się odkrywanymi po drodze restauracjami. Piękny, dobry, beztroski czas.
Po drugim rozwodzie, podobnie jak po pierwszym, nie rozpaczałam, nie płakałam, przyjęłam to z ulgą, nie przychodziło mi do głowy iść do lasu ze sznurem, po prostu zajęłam się życiem, dziećmi i byciem dzielną.
To ostatnie po iluś latach zaczęło mi wychodzić bokiem.
I gdy spotkałam Henia, który w swoim domu – jak wynikało z konwersacji na whatsappie - potrafił sam zrobić wiele rzeczy i sprawiał wrażenie tak samo dzielnego jak ja, pomyślałam, że to zrządzenie losu, że teraz będzie już tylko łatwiej. Razem damy radę ze wszystkim, nawet z odległością i marnością naszych finansów.
Wierzyłam w to jak w nic innego.

We Wrocławiu oczywiście opowiadaliśmy sobie o naszym życiu, o naszej przeszłości, tak jak robią ludzie, którzy chcą znać nie tylko czyjeś „teraz”, ale i wiedzieć, co do tego „teraz” doprowadziło.
I tak poznałam historię jego małżeństwa z – nazwijmy ją dla potrzeb tej historii – słodką Anetką.
Henia i Anetkę los zetknął na realizacji wspólnej pasji, jaką było nurkowanie. Ona miała 15 lat, on 20. On miał trądzik, ona atopowe zapalenie skóry i była cała w czerwonych plamach, można więc powiedzieć, że kolorystycznie pasowali do siebie. Ich skóra wyglądała jak Droga Mleczna sfotografowana przez sondę Voyager.
Po pięciu latach chodzenia, gdy ona studiowała przez chwilę w Berlinie, a on nadal mieszkał w rodzinnym mieście i był to związek weekendowy, Anetka zażądała od Henia ślubu i założenia typowo niemieckiego przedsiębiorstwa pt. produkujemy małych Niemców i wychowujemy ich na chwałę ojczyzny. Wszystko przemyślane, zaplanowane, z typowo niemieckim racjonalizmem.
Anetka studia rzuciła, podobno dlatego, że zaproponowano jej pracę w urzędzie na miejscu, potem jakoś tę pracę zmieniała, by ostatecznie wylądować w najważniejszym urzędzie finansowym tego kraju związkowego. Henio pracował latami w tej samej firmie i handlował AGD oraz RTV.
Zaplanowane co do dnia dzieci: Anitka i Maruś przyszły na świat, został wybudowany mały biały domek z basenem, tarasem z drewna egzotycznego oraz równo przyciętymi hortensjami pod płotem, co wiosnę rodzina z teściami (tymi bogatszymi, od Anetki) wyjeżdżała na Majorkę – żeby uciec od szarzyzny niemieckiego przedwiośnia w krainę kwitnących bugenwilli, co jakiś czas gdzieś dalej i życie toczyło się swoim torem. Aż do wybuchu bomby, którą były zdrady Anetki.
Henio odkrył to przypadkiem, w czasie wakacji, gdy przez ramię przeczytał maila, jakiego Anetka pisała do kochanka. (Czujecie romantyzm sytuacji? Maila? Może jeszcze na urzędowy adres? „Szanowny Panie X…. informuję, że nasza ostatnia noc była niezapomniana…. Z wyrazami szacunku…”.) Henio postanowił się zabić, ale od tej straceńczej decyzji powstrzymała go myśl o dzieciach. Więc wrócił ze sznurem do hotelu. Nie dociekałam, skąd miał sznur, ale być może wśród niezbędnych w samochodzie żarówek, podnośnika czy uszczelek znajdował się także sznur.
Jak się okazało, Henio był mężem wielokrotnie zdradzanym (ja sama doliczyłam się trzech kochanków, ale myślę, że to mocno zaniżona liczba), aż w końcu jego żona – słodka Anetka - zostawiła go dla tego właśnie kolejnego kochanka. Podobno Henio nie dawał jej w łóżku tego, czego chciała, więc w poszukiwaniu orgazmu Anetka, jak taran, niszczyła ludzi, zaufanie, rodziny. Ostatni amant, który być może dał jej wreszcie to, czego szukała, wyglądał jak dziadek Henia albo co najmniej wujek, co, jak sądzę, tylko pogarszało stan Henia. Tego właśnie człowieka Anetka wybrała.
Po tym odkryciu i po próbie walki o utrzymanie małżeństwa Henio pozwolił Anetce odejść i zamieszkać z kochankiem, żeby mogła w spokoju, bez codziennych problemów z dziećmi, uprawiać seks i delektować się świeżo odkrytymi orgazmami. Ale nie myślcie sobie, dobrą matką była, pojawiała się regularnie w ich starym domu. Henio ogarniał szkołę, katary, lekcje, nie spał po nocach słysząc najmniejszy kaszel i wszystko to, co towarzyszy posiadaniu dzieci. Po czym po trzech latach Anetka wróciła, spłaciła Henia część domu i Henia po prostu wyrzuciła. Dzieci zostały z mamusią.
I tak Henio wylądował 20 kilometrów dalej, w młynie u stóp wzgórza.
Oczywiście moje serce po tej opowieści wezbrało niczym Odra w 1997 roku, w czasie powodzi stulecia, i postanowiłam wynagrodzić mu te wszystkie krzywdy i nieszczęścia.
Kolejny błąd.

Rano zjedliśmy śniadanie na barce zacumowanej obok hotelu z fenomenalnym widokiem na wieże katedry. Patrzyłam uważnie na niego, jak je, co je. Jadł jak harcerzyk – wyprostowane plecy, ściągnięte łopatki, metodycznie kroił bułki i smarował je masłem. Tak jak ja, pił rano kawę. Zastanawiałam się, czy przyzwyczaję się do tej twarzy, do tych szerokich ust, do zmarszczek i worków pod oczami…. Ale zachowywał się naturalnie, spokojnie, uśmiechał się i wyglądał na osobę zadowoloną z tego, gdzie jest i co robi oraz z tego, że jest tu ze mną.
Opowiadał mi, że kiedy był we Wrocławiu z rodziną w katedrze znalazł parasol i że ten darowany z nieba parasol jest z nim do dzisiaj. Zdarzało mu się potem dość często opowiadać mi ponownie tę historię – podobnie jak wiele innych – i wtedy wystawiałam dłoń z rozczapierzonymi palcami – tyle palców, ile razy już to słyszałam. To był jeden z tych małych gestów, powoli budujących bliskość i radosną codzienność.
Po śniadaniu spontaniczny pomysł - jedziemy do zoo i tam moja potrzeba podziwu została zaspokojona po stokroć. Henio znał bowiem wszystkie ryby i rybki pływające w Afrykarium. Kiedyś nurkował, Malediwy, Indonezja, egzotyczne morza i wyspy. Pomyślałam - człowiek z pasją. Tę rybę widziałem, tę karmiłem, lubię nurkowanie w podmorskich jaskiniach, o, manaty. Rybki i inne stworzenia morskie pływały nam nad głowami i wkoło nas, a we mnie rosła szczera, prawdziwa fascynacja tym człowiekiem. Potem okaże się dopiero, że owszem, pasja była dopóki był mężem bogatej żony i zięciem mega bogatych teściów, a po rozwodzie funduszy ubyło i egzotyczne wody musiał zamienić na bliskie jego domu góry i pagórki, które miały tę zaletę, że można było po nich chodzić za darmo. Na razie jednak jego podróżnicza przeszłość – Malediwy, Indonezja, Azory, coroczne pobyty na Majorce – były tematem pięknych opowieści, które we mnie, dla której wyjazd do Kołobrzegu był osiągnięciem, wzbudzały szczery podziw.
Po południu przeszliśmy się znowu przez miasto, szukaliśmy wrocławskich krasnoludków, na kolejnej cudownej barce przy nabrzeżu Odry wypiliśmy kolejnego aperola, było tak fajnie, normalnie i sympatycznie. Nie nudziłam się. Gdy wracaliśmy z obiadu – tym razem jedliśmy w burgerowni wspaniałe, soczyste, ogromne burgery – chwycił mnie za rękę. Na Rynku w Piwnicy Świdnickiej, w najstarszym czynnym browarze Europy, przy mnie zamknął swoje konto na tinderze. Zrozumiałam, że mnie chce, że nie chce już szukać i błąkać się po bezdrożach internetowych znajomości.
Tak czy siak, to był ten dzień, gdy zalał mnie ocean jego czułości. Zawsze będę pamiętać, jak siedzi na podłodze w hotelowym pokoju, oparty o łóżko, ze śmiesznie podwiniętymi skarpetkami i pokazuje mi zdjęcia na telefonie. Zdjęcia posegregowane według miejsc i dat, klasyczny niemiecki porządek. Powiem szczerze, nie lubię oglądać cudzych zdjęć, zaglądanie w takie wycinki życia ludzi jest dla mnie kompletnie nieinteresujące, bo widzisz ułamek sekundy, być może obrobiony w fotoszopie, nieprawdziwy, ulotny, chwilowy. Prawdziwa historia kryje się w słowach. Ale było miło, słodko, spokojnie i czule, piliśmy wino, on patrzył w ten telefon, a ja patrzyłam na niego, na jego kręcące się włosy – myślałam, że był blondynem, a on był srebrny – na łysinę prześwitującą na czubku głowy, na drobne dłonie i zgrabne małe uszy. Tak, widziałam już pozytywy jego powierzchowności.
Potem kontunuowaliśmy rozmowę półleżąc na łóżku i on głaskał mnie po ramionach, a potem odwróciłam się do niego i zaczęłam go całować. Stało się. Myślałam, że jeżeli nie spróbuję i nigdy się więcej nie spotkamy, być może zawsze będę żałować, ze nie dałam sobie tej szansy. Poza tym – przejechaliśmy do siebie szmat drogi.
W łóżku był miły, czuły i troskliwy. Nie żeby było to nadziemskie przeżycie, ale atmosfera i to, co robiliśmy, pasowało do mojego wyobrażenia Henia. Jego ciało było takie swojskie, z brzuchem, rzadkim owłosieniem na piersiach, ogolonym podbrzuszem. Nasze ciała pasowały do siebie, oddychaliśmy w tym samym rytmie i dotykaliśmy tam, gdzie chcieliśmy być dotknięci. Miał miękkie usta, delikatne dłonie i miło pachniał. W pewnym momencie wycofał się, nie doszedł, ale – jako że był to nasz pierwszy raz – nie drążyłam tematu, nie dopytywałam. Powiedział – nie martw się, w nocy dokończymy. W nocy wprawdzie znowu próbował i znowu się nie udało skończyć, ale nie było to dla mnie większym problemem. Pomyślałam, że faceci w tym wieku tak mają, ostatni raz uprawiałam seks z kimś, kto miał 44 lata. Cóż, kwestia wieku.
Tej nocy jednak, prawdę powiedziawszy, wszystko i tak dla mnie było nowe i odkrywcze. W nocy nie mogłam zasnąć, spaliśmy na dwóch końcach wielkiego łóżka, nieobjęci mimo tego, co zaszło i mimo tego, co pokazują komedie romantyczne, we mnie buzowała adrenalina, a on co jakiś czas budził się, całował mnie w plecy i mówił „kocham cię”. Byłam tak spragniona męskiego zainteresowania, czułości i bliskości, że to przyspieszone „kocham cię” nie wzbudziło we mnie strachu ani chęci ucieczki. Pomyślałam – jest tak, jak powinno być. Ja i on. Czułość, bliskość, intymność. Chwilo trwaj. Zaczynałam myśleć, że mam szczęście.
Drugiego dnia znowu śniadanie z tym samym widokiem – na Ostrów Tumski i na niego. Dalej patrzyłam wprost na jego twarz i mimo pamięci ostatniej nocy wciąż zastanawiałam się, czy jest to ktoś, na kogo chcę patrzeć przy kolejnych śniadaniach, przez następne dni, tygodnie, miesiące. Po śniadaniu, gdy leżeliśmy na łóżku w moim pokoju, delektując się spokojem, ciszą, naszym towarzystwem, udało mi się dokończyć za Henia to, czego nie dokończył w nocy. Zapytałam go „Are you disappointed?” (Czy jesteś rozczarowany?), na co odpowiedział „I don’t know”. Nie zrozumiał tego pytania, jego rozluźniona, szczęśliwa twarz mówiła, że jest zachwycony, że podoba mu się nasza bliskość.
Krótkie pożegnanie na hotelowym parkingu i nasze samochody rozjechały się w dwie różne strony za mostem Piaskowym. Dziś żałuję, że nie na zawsze. A tymczasem już nie mogłam się doczekać dalszego ciągu.

- I’m happy – powiedział Henio wkładając kartę do terminala w recepcji hotelu. Kwota była – jak na moje mniemanie – spora, bo te dwie noce ze śniadaniami miały kosztować każde z nas prawie 600 zł. Przytuliłam twarz do jego ramienia, do jego granatowej kurtki, chociaż, gdy wysiadł z samochodu, pierwszą moją myślą było – uciekaj.
Szpiczaste stukające buty, dżinsy i okropna koszula w czerwone pionowe pasy z rysunkiem à la gang motorowy na plecach... i reszta, którą znałam ze zdjęć i której się bałam. Taki typowy Niemiec. I „typowy” nie jest tu komplementem. Uciekaj, Beata.
No, ale tak się miło na whatsappie pisało…. Wprawdzie moja córka była przygotowana na to, żeby na mój sygnał zadzwonić i opowiedzieć jakąś łzawą historyjkę tak, abym musiała natychmiast wracać – „przepraszam, Heniu, sam rozumiesz, może kiedy indziej” – ale moje poczucie przyzwoitości mówiło, że nie wypada, że zrobił dla mnie tyle kilometrów, nie mogę tak po prostu pod byle pretekstem uciec. Więc zostałam, moja empatia – słowo, którego on użył w swoim tinderowym opisie, a którego znaczenia nie rozumiał – nie pozwoliła mi nie zostać.
Teraz, kiedy o tym myślę, wciąż otwiera się w mojej szafce pamięci ta specjalna szufladka podpisana BWM (pamiętacie z dzieciństwa te napisy XX + XY= BWM?), a z niej bije takie ciepło, taka słodycz, taka radosna beztroska. Miłość. I ta szufladka zarezerwowana jest dla niego. Wszystko, co się później wydarzyło, nie zmieni wspomnień tych pierwszych słonecznych chwil.
Miał piękny, głęboki głos, ładnie się ruszał, był wysoki, zgrabny, nieco zgarbiony. Przyglądałam mu się uważnie, chcąc nie żałować czasu i wysiłku, i przede wszystkim moich emocji. Wiecie, tego na zdjęciach nie zobaczysz.
Ale na razie poszliśmy na miasto. Niespiesznie, jeszcze w sensownej odległości od siebie. I okazało się, że się klei, że nie zapada między nami to niezręczne milczenie, kiedy każdy myśli „Boże, co ja tu robię”. Dużo się śmialiśmy i żartowaliśmy. Pierwsza kawiarnia, pierwszy aperol i pierwsza czerwona flaga - telefon od byłej żony. Ależ odbierz, może to coś ważnego, nie jestem tak płytka, by rozmowa z Ex mogła mi przeszkadzać... cóż, chodziło o opłacenie prawa jazdy dla ich syna. Niecierpiąca zwłoki najwidoczniej sprawa. Ale byłam ponad to, ja, uosobienie tolerancji i otwartości na nowe.
Pod Operą wystawione były plakaty ze zdjęciami z jego okolic. Zdaje się, że Wrocław to miasto partnerskie Drezna i plakaty miały upamiętnić ten fakt. Piękne krajobrazy, cudne góry. Znał wszystkie te miejsca, o każdym miał coś do opowiedzenia, wszędzie był. Zaimponował mi po raz pierwszy. Powoli przestawało się liczyć to, co mi przeszkadzało, a zaczęło liczyć to, jak interesującym człowiekiem się stawał. Poczułam, że mam do czynienia z pasjonatem, a że pasjonatów zawsze szanowałam, to popatrzyłam na niego innym okiem. Poza tym Henio wykonywał w moim kierunku drobne, czułe gesty, tu dotknął, tam musnął, i jakby zaczynałam go lubić.
Pierwszy obiad zjedliśmy w restauracji na rynku, w nazwie miała „polska kuchnia”, ale jedzenie było mocno takie sobie, a ceny z kosmosu. Za hotel i ten jeden obiad płaciliśmy każde za siebie, za całą resztę płaciłam ja, ponieważ uznałam, że on jest moim gościem na moim terenie i winnam pełnić obowiązki gospodarza. On nie protestował.
Wrzesień był piękny, fale Odry błyszczały w słońcu, a oświetlony późnym wieczorem budynek mojej Alma Mater był zachwycający. Potem w hotelu butelka wina, którą przywiózł razem ze świecami. Świec ostatecznie nie zapaliliśmy, bo moglibyśmy uruchomić alarm przeciwpożarowy. Ale urzekł mnie tym, że pomyślał o tym winie, że może nie kwiaty, ale jednak coś z myślą o mnie. O nas?
Spać poszliśmy grzecznie każdy w swoim pokoju, a ja, leżąc w gigantycznym łóżku, myślałam, czy to jest człowiek dla mnie, czy dać mu - i sobie - tę szansę. Wahałam się długo, czy nie napisać, żeby przyszedł i żebyśmy tę noc spędzili razem. Ostatecznie jednak nie napisałam, dałam sobie czas na zastanowienie, zapadłam w głęboki, spokojny sen.

Był inny, był delikatny, zainteresowany i wyglądało, że naprawdę mu się podobam. Dbał o poranne „dzień dobry” i wieczorne „dobranoc”, nie był nachalny i wylewny, nie wypytywał i nie dociekał. Wprawdzie to, co widziałam na zdjęciach, nie zachęcało, ale uznałam to za dobry omen - ci piękni, gładcy, przystojni i bogaci byli oszustami, może więc ten jeden będzie prawdziwy?
[*****2022, 20:55:24] Beata: To tell you the truth, you’re already better than I expected.
[*****2022, 20:57:49] Henio: i think i am a really honest person. that is perhaps the most important
Wierzyłam w to. Jak Niemiec z DDR, mój rocznik, wychowany na tych samych bajkach i w tej samej historii Europy, mógł kłamać? Takie coś w ogóle nigdy nie przyszłoby mi do głowy.
Kiedy wysłałam mu moje najlepsze zdjęcie, takie z profesjonalnej sesji, zapytał:
– Ale dlaczego ja? Dlaczego mnie wybrałaś?
Sprawiał wrażenie wyraźnie zachwyconego i zauroczonego, a mi naprawdę niewiele było trzeba – prawdziwej troski, empatii, poczucia bezpieczeństwa i odrobiny szaleństwa jako wisienki na torcie.
Opowiadał mi o dzieciach, o tym, że jego samochód jest w naprawie i jeździ autem zastępczym, trochę o pracy, trochę o nowej motocyklowej pasji, o swoich sąsiadach, z którymi zaczął wtedy budować piec do pizzy (jeśli pamiętacie, półtora roku później wciąż nieukończony)... dobry człowiek. Przysyłał zdjęcia z synem, zdjęcia rodziców w kolorowych kurtkach na tle zielonego lasu. Wiedziałam, że lubili zbierać grzyby, rodzinne wycieczki, a on – góry. Nie byłam fanką gór, moje nizinne serce wolało bezbrzeżne horyzonty morza i plaży, ale pomyślałam, że interesujące jest poznać – wreszcie – coś innego, wyjść z corocznych wakacji w Kołobrzegu i otworzyć się na nowe.
Pierwsza randka po miesiącu pisania. Wrocław. Bajeczny hotel na wyspie, z restauracją na barce, widokiem na katedrę. Hotel miał wybrać i zarezerwować on, ale nie pokochał się z polskim bookingiem i ostatecznie wybór hotelu i rezerwacja spadły na mnie. Poczułam brzemię odpowiedzialności, chciałam, żeby był zadowolony.
Oczywiście dwa oddzielne pokoje. Mimo że sugerował jeden wspólny, że on przecież nie będzie nalegał, molestował, że mogę czuć się bezpiecznie, nie dałam się namówić.
Tuż przed wyjazdem wysłałam mu swoje zdjęcie z tego poranka. Zobacz, tak naprawdę dziś wyglądam, możesz jeszcze się wycofać. Odpisał, że tym bardziej przyjedzie.
Przyjechałam dużo wcześniej i czekałam. On spóźnił się prawie godzinę - bo pomylił hotele i błąkał się po mieście.
Jak się okazało, tego typu rozczulająca mnie nieporadność była Henia cechą charakterystyczną. Albo zabłądził, albo się upaprał przy jedzeniu, albo wybrał gorszą ścieżkę w górach, albo – gdy chciał podarować mi swój stary soundbar do telewizora – okazało się, że urządzenie było zepsute. Kiedy pierwszy raz zabrał mnie na przejażdżkę motorem, na postoju motor przewrócił się na mnie i posiniaczył mi łydkę, a potem pan kierowca zapomniał, jak się motor uruchamia i wpadł w panikę. Cały Henio.
Stałam na rogu ulicy i na widok każdego zbliżającego się samochodu skakało mi ze stresu ciśnienie - jaki on będzie, jak to będzie, czy się porozumiemy, czy będziemy mieli o czym rozmawiać.
W końcu beżowy Hyundai mignął mi światłami. On.

„Jestem trochę szalony, a mimo to stąpam twardo po ziemi. Singiel, wieczny optymista. Bardzo empatyczny i pełen miłości. Poznaj mnie i może spędźmy razem najlepsze chwile w życiu. Aha, i chętnie się śmieję. Jestem wolny, otwarty i chciałbym z tobą cieszyć się życiem.”
Tym łatwiej przyszło mi odejście od George’a, który zajął moje emocje na prawie trzy miesiące, że oto wśród polubiających na tinderze pojawił się – Henio.
Niemiec z byłego DDR, gdzieś spod Drezna – rzut kamieniem! pomyślałam - to na pewno nie oszust.
Opis brzmiał zachęcająco, a że naiwnie wierzyłam, że ludzie, tak jak ja, piszą raczej szczerze i rozumieją znaczenie słów, których używają (na przykład „empatyczny”), po jakimś czasie zdecydowałam się na niego zareagować. Nie żeby jakoś mi się specjalnie na zdjęciu spodobał – miał ogromne zęby, szerokie usta (babciu, a dlaczego masz takie duże zęby? – żeby cię zjeść, Czerwony Kapturku!), na części zdjęć wyglądał naprawdę nieatrakcyjnie (zwłaszcza profilowe na którymś koncie na mediach społecznościowych było dość przerażające), ale – umówmy się – po przygodach z oszustami i odrzuceniu brzuchatych facetów z wąsem wyglądających na mojego dziadka, miałam już niewielki wybór. Więc odklikałam i przeszliśmy na whatsappa.
[*****2022, 15:58:42] Beata: Hello, Henio, it’s Beata.
[*****2022, 16:09:10] Henio: Hallo Beata, nice to see you
[*****2022, 16:52:23] Beata: Hi! So what are you doing this evening? And what do you usually do on weekends?
[*****2022, 16:56:06] Henio: I'm going to eat Greek with my neighbors today. it's just good he's right on the property. the day before yesterday I was with my parents near Cottbus on my motorbike. yesterday we went paddling with friends in the Spreewald. I went back today.☺
I zaczęło się robić naprawdę miło. Oczywiście rano i wieczorem jakieś small talki, jakaś wiadomość w ciągu dnia, i opisy jego życia gdzieś tam w Saksonii: że mieszka w starym młynie, który ma ponad 600 lat, że chodzi po górach, że jeździ na motorze, że popołudnia spędza w ogrodzie lub na tarasie, grillując z sąsiadami. Wyglądało to na bardzo spokojne, poukładane życie, do tego zdjęcia mieszkania i ogrodu absolutnie mnie zachwyciły, więc pomyślałam – czemu nie? Może po tych wszystkich latach, zawieruchach takie właśnie życie jest mi potrzebne? No a że Niemiec? Pisaliśmy po angielsku, jakoś to szło, a niemiecki w głowie mogłam zawsze odświeżyć.
Nawet jakieś przejawy poczucia humoru było widać – zapytałam go, ile ma wzrostu, odpowiedział: 122 cm.
I w następnej wiadomości: +60 cm.
Byłam absolutnie zachwycona.
Tak oto sierpień 2022 był najszczęśliwszym od dawna miesiącem w moim życiu z różnych powodów, ale kto wie, czy nie najważniejszym z nich było pojawienie się uroczo nieśmiałego, troskliwego i czułego Henia, którego wiadomości z czasem zaczęłam najpilniej wyczekiwać.

Najdłużej goszczącym w moim telefonie i oczywiście sercu był rzekomy Brytyjczyk rzekomo pracujący w Poznaniu. Rzekomy Brytyjczyk imieniem George poderwał mnie tradycyjnie na tinderze, szybko przeszliśmy na whatsappa i - jak to powiedział - na „next level”. Tak, tylko ze mną wyobraża sobie przyszłość, kocha, będzie ojcem dla moich dzieci, mamy całe szczęśliwe życie przed sobą, och, jak pięknie! Podobno był po rozwodzie (oczywiście co zrobiła mu żona? No zgadnijcie! Tak, nie była mu wierną!), wychowywał córkę, która na czas jego kontraktu w Polsce mieszkała z babcią w pobrexitowym UK.
Co rano pikała w telefonie poetycka wiadomość o tym, że los postawił go na mojej drodze albo mnie na jego drodze…. Co wieczór podobne w tonie i treści ałła ałła, w ciągu dnia sto pytań o samopoczucie. Nie powiem, czułam się dopieszczona tym zainteresowaniem.
A więc - spotkajmy się.
Randka z Georgem została umówiona, stolik zarezerwowany, outfit przemyślany, fryzjer zaklepany. I co? I pstro. Randka miała odbyć się w sobotę, tymczasem w poprzedzający ją poniedziałek mama George’a trafiła do szpitala. Podobno od lat chorowała na jakiś rodzaj nowotworu, kontrolowanego przez leki, ale tym razem leki przestały wystarczać i konieczna stała się operacja. Za - uwaga - 12 tysięcy funtów. George był uprzejmy przysłać rozmaite dokumenty świadczące o tym, że brytyjska niedobra służba zdrowia kosztów tej akurat operacji nie pokrywa. Wszystko opatrzone pieczątkami. Niestety, brakowało mu wciąż 7 tysięcy. Zjeżyłam się mentalnie w oczekiwaniu na prośbę o pieniądze, czar George’a zaczął jakby pryskać, a tu niespodziewanie w środę - mama zmarła, a George natychmiast odleciał do UK i randkę diabli wzięli.
Ale miłość nadal trwała, wiadomości o stałych porach przychodziły, nadal czułe, acz okraszone smutkiem i wyrzutami sumienia, że się tej kasy nie dało na czas zorganizować. Mentalnie przytulałam go do serca, a jakże, i współczułam, i pocieszałam, i odsunęłam podejrzliwość na dalszy plan. Po jakimś tygodniu George przysłał jednak skan maila informującego go, że wygrał oto jakiś przetarg na prace remontowe w hotelu na Cyprze Północnym. Kontrakt opiewał na - bagatela - trzy miliony euro, do tego George uprzejmy był załączyć wykaz prac i materiałów do kupienia (w tym kilkaset posążków Buddy i chłodziarek do wina - za trzy bańki? Naprawdę?). Tłumaczył się, że zupełnie o tym przetargu zapomniał, teraz go wygrał, więc pojedzie, ale że prace mają być zrobione w dwa tygodnie, to zaraz wróci do Polski i do mnie bogatszy o ponad 400 tysięcy euro czystego zarobku. Co było robić, zamieniłam się w Penelopę i wiernie czekałam.
Pobyt na wyspie Afrodyty zaczął się dla George’a pogodnie - hotel, słońce, perspektywa fajnej kasy, no i ja, ta wyśniona kobieta, wiernie czekająca po drugiej stronie telefonu. Zamówione posążki Buddy, chłodziarki do wina i inne pierdy z Chin warte 3 bańki euro czekały w porcie na rozładowanie…. Aż tu nagle okazało się, że oprócz podatku numer 1, na który George był finansowo przygotowany, trzeba jeszcze zapłacić VAT. Taki cypryjski zwyczaj.
No i zabrakło George’owi - bagatela - 99 tysięcy euro. A ponieważ niezapłacenie tegoż vatu groziło konfiskatą towaru - za, przypomnijmy, zyliardy euro - oraz karami dla wykonawcy niewykonanego remontu, rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie eurasków. I oto stałam się świadkiem i ofiarą żenującego żebrania o kasę.
Wyobraźcie sobie to - facet, który przez dwa miesiące daje się postrzegać jako mądry, ogarnięty i całkiem niczego sobie gość staje się oto histerykiem na przemian szlochającym, żebrzącym lub agresywnym. To ostatnie mnie w ogóle zaskoczyło, bo obrywało mi się co jakiś czas za brak zrozumienia, brak wsparcia, brak w ogóle wszystkiego, po czym następnego dnia przychodziła wiadomość typu „oj tam, to była taka mała wymiana zdań przecież”.
Brakujące 99 tysięcy udało się, o dziwo, w kilkanaście dni uzbierać (pamiętacie, że cały kontrakt opiewał na 14 dni?) dzięki rzekomej pożyczce od siostry i przyjaciół, i George cały szczęśliwy miał się zabrać do pracy, gdy nagle okazało się, że tym razem brakuje 1.200 euro na transport chińskich dóbr na miejsce inwestycji.
I znowu - płacze, żebranie, prośby ("kochanie, zorganizuj te pieniądze, a potem już zawsze będziemy razem"), czasem wyrzuty, czasem ataki agresji. Doprawdy, ciekawym było obserwowanie tych zmian nastroju.
Przy tym wszystkim miłość - rzecz jasna - kwitła, i to mimo braku darowizn z mojej strony. Co poranne smsy, co wieczorne wiadomości, co południowe wyznania.
Na domiar złego mój kochany głodował i waletował w hotelu, bo skończyły mu się ostatnie pieniądze. Jak tu takiego nie żałować?
Żeby nie przedłużać tej opowieści, inwestycja została jakoś jednak zakończona i już już wydawało się, że oto zajrzy nam w oczy jutrzenka szczęśliwego z Georgem pożycia, ale - na wypłatę obiecanych trzech baniek musiał George na Cyprze poczekać nawet i sześć tygodni.
I tu się moja cierpliwość skończyła, związek zakończyłam, więzy zerwałam, a i sam George z czasem mnie poblokował. Do dziś nie wiem zatem, czy i jak się ta Odyseja zakończyła, czy mój niedoszły przyszły oblubieniec powrócił do Europy, towarzyszy mi jednak dziwna pewność, że nie i że nigdy nie powróci. Ba, że nigdy pewnie w kontynentalnej Europie nogi nie postawił.

Pierwszym napotkanym interesującym obiektem był Francuz. Z Nicei. Na zdjęciu przystojniak z umięśnionymi ramionami, białymi włosami, a obok niego śliczny chłopiec. Albo takie zdjęcie: przystojny facet, obok wyżeł, przystrzyżony trawniczek, po którym biega śliczne dziecko, w tle palma i białe mury domu. Słońce, zieleń, pachnie dużą kasą. No, która z nas, z ręką na sercu, nie chciałaby dokleić się do takiego obrazka? Ja chciałam, jak najbardziej. Profil przesunięty w prawo i szybki odzew po polsku. Pan jest Francuzem z Nicei, samotnie wychowuje syna (uwaga - większość tych panów to samotni rodzice, bardzo często wdowcy). Ma firmę budowlaną. Żona zdradziła go z najlepszym przyjacielem, więc on biedaczek nikomu nie ufa, nie ma rodziny, przyjaciół ani nikogo. Tylko syna i psa. No i od teraz już także ciebie. (Pamiętacie "Oszusta z Tindera"? Pierwszej oszukanej lasce Simon pisał, że będzie matką jego dzieci. Takie szybkie tworzenie rodziny jest dość typowe dla panów naciągających.) Aha, zdradziecka żona wyszła za mąż za tego przyjaciela i umarła.
Pan zaproponował mi szybko przejście na whatsappa, przysłał nawet zdjęcie swojego dowodu osobistego. Pełne zaufanie normalnie. Opowiedział historię swojego życia: rodzice się rozwiedli, ojciec wyjechał do Burkina Faso robić biznesy (to ogromnie ważna informacja, coś jak strzelba Czechowa, która wypali pod koniec opowieści), nie ma z nim praktycznie żadnego kontaktu, raz w roku telefon i tyle. Matka zmarła.
Oczywiście, dziwne było to, że pan z uporem maniaka pisał po polsku za pomocą translatora, za chińskiego boga nie chciał przejść na swój język ojczysty, ma telefon zaczynający się od +48 i wszelkie inne pytania o życiorys ucina zdawkowym „napiszę wieczorem”. Z zalet należy zaznaczyć regularność w porannym i wieczornym pisaniu wiadomości okraszonych serduszkami i emotkami, zainteresowanie tym, co jadłam, jak się miewałam i jaka jest pogoda.
Relacja prawie już rodzinna rozwijała się zatem świetnie, Francuz planował przeprowadzkę do Polski (halo, halo, to ja chciałam do tej Nicei!), aż tu pewnego dnia napisał, że dostał wiadomość z afrykańskiego odległego kraju - Burkina Faso (to ta strzelba, co miała wystrzelić): jego ojciec leży umierający w szpitalu i lekarz sugeruje mu, żeby szybko przyjechał się z nim pożegnać. Co prawda - ojca prawie nie zna, ich kontakty są praktycznie żadne, ale więzy krwi kazały mu jednak spakować walizkę, zabrać syna (bo, jak wiemy, nie ma go z kim zostawić, jest samotnym wilkiem na pastwisku pełnym złych owiec) i wyruszyć do Burkina Faso. Tymczasem tatuś następnego dnia zmarł, dostałam zaskakującą wiadomość: "mój bóg umarł" (wtf, jaki bóg, w końcu miłości ojcowskiej to nasz luby specjalnie nie zaznał), ale w naiwności tych pierwszych tinderowych znajomości było mi nawet przykro z tego powodu.
Dzielny Francuz zajął się następnie organizowaniem pogrzebu, opłacaniem szpitala i leczenia, aż po dwóch dniach bomba wybuchła - wyszedł do bankomatu, burkińscy zbrodniarze napadli go, ukradli mu wszystko łącznie z kartami kredytowymi, stracił, co miał, na dodatek go pobili - w załączeniu było zdjęcie ze szpitalnego łóżka - i na to wszystko wystosował apel:
- Ania, przyślij pieniądze.
Problem w tym, że nie miałam na imię Ania. Kretyn znaczy się to był, nawet imion nie mógł spamiętać.
Szybka blokada. W międzyczasie, jak z zaświatów, ostatnia wiadomość: „Ale co będzie z moim synem?". Ale jakoś mnie to specjalnie już nie obchodziło.
To było moje pierwsze prawdziwe zetknięcie ze złym tinderem. Jak się okazało, nie ostatnie. Po drodze był jeszcze kolejny samotny ojciec (tym razem jedenastoletnich bliźniaków, które chciał do mnie przywieźć), też wdowiec oraz czarnoskóry młodzieniec z Wybrzeża Kości Słoniowej udający znowu Francuza, którego fałszywą tożsamość szybko odkryłam, bo niezbyt inteligentnie ściągnął zdjęcie profilowe po prostu z internetu. Miał 23 lata, nie pracował, nie studiował, marzył o karierze piłkarskiej w europejskim klubie, chociaż jego jedyny kontakt z piłką nożną to były podwórkowe mecze z kolegami, jednym słowem - kandydat doskonały.

Pewnego słonecznego majowego popołudnia przyszła do mnie na kawę Lidka.
Lidka, kiedyś dawno moja studentka, mama przyjaciółki jednej z moich córek, mieszkająca w tym samym miasteczku i borykająca się na co dzień z tymi samymi problemami samotnej matki, godzącej pracę, dom, dzieci, łatająca dziury finansowe. Piękna, atrakcyjna kobieta, z której postawy zawsze, niezależnie od okoliczności, biła pewność siebie, energia i pogoda ducha. Lidka usiadła i zarządziła:
- Zakładamy ci tindera. Dość już tego siedzenia na dupie bez faceta. Ile lat tak siedzisz?
No i wyszło, że ponad dziesięć, a licząc ostatnie lata małżeństwa, które były już pozbawione bliskości i porozumienia, to nawet i trzynaście. Trzynaście lat, w czasie których myślenie o mężczyznach było na jakimś odległym, może setnym miejscu mojej listy rzeczy ważnych i najważniejszych.
W tym czasie robiłam to, co ona i co robią pewnie wszystkie tak zwane dzielne kobiety – wychowują, pracują, wiążą koniec z końcem. Ja jeszcze przez półtora roku towarzyszyłam w chorobie i umieraniu mojemu ojcu, wybudowałam dom i posadziłam drzewo. Radziłam sobie jak umiałam. Sama.
Teraz Lidka bezceremonialnie wzięła mój telefon, ściągnęła aplikację, powybierała zdjęcia, zrobiła opis, przeprowadziła krótkie szkolenie – to w lewo, to w prawo, tu piszesz, tu klikasz, no, baw się dobrze – dopiła kawę i zniknęła.
I się zaczęło.
Po pierwszej dobie ponad sto trzydzieści polubień. Moje morale i poczucie własnej wartości sięgnęło zenitu. Jeszcze nie wiedziałam do końca, jak to naprawdę działa, ilu oszustów, ilu kolekcjonerów matchy i ilu oszołomów spotkam, ale na razie bawiło mnie przeglądanie ich zdjęć, czytanie opisów i decydowanie, kto w prawo, kto w lewo. To jak decydowanie o czyimś życiu. Jak wtedy, gdy na egzaminach wstępnych na nasz wydział decydowaliśmy, kto z nami na trzy następne lata zostaje, a kto nie. Tym razem decydowałam jednak o moim życiu.
Były ogłoszenia stricte erotyczne – seks i nic więcej. Były ogłoszenia pełne zdjęć kotków, piesków i gór, tak jakbym oglądała album przyrodniczy. Były ogłoszenia zabawne, jak choćby to z jednym jedynym rozpaczliwym kryterium podanym przez Niemca: „Suche Frau mit Thermomix”. Ale były też takie, które przynajmniej na pierwszy rzut mojego niedoświadczonego, naiwnego oka wyglądały poważnie.
Po odsiewie zostało kilkanaście pozornie, potencjalnie interesujących osób.

Czy wierzycie w genius loci? W duchy lub demony, które opiekują się danym miejscem? W to, że tworzą atmosferę miejsca i potrafią wpływać na jego mieszkańców? Że mury domu mogą wchłaniać jego historię, dobro i zło, którego doświadczali mieszkający tam ludzie?
Ja wierzę.
To wyobraźcie sobie, ile pokoleń widziały mury tego ponad sześćsetletniego młyna. Ile radości, śmiechu, łez i krzyku widziały jego ściany. Czy młynarz bił czy kochał młynarzową? Czy w tym domu ktoś się szczęśliwie urodził lub spokojnie umarł? Czy dbano o zwierzęta, które mieszkały w parterowej części budynku, gdzie teraz jest mieszkanie? Czy może po podłogach płynęła krew? (O odchodach nie wspominam.) Czy ludzie i zwierzęta byli tu szczęśliwi? Czy kolejne wojny tak częste w tej części świata wyrządziły szkody domowi lub jego mieszkańcom?
Atmosferę tego miejsca po prostu czujesz. Grube na kilkadziesiąt centymetrów ściany parteru z ciosanego kamienia niejedno widziały. Czujesz to w powietrzu, w specyficznym zapachu, w unoszących się w promieniach słońca drobinkach kurzu ze starych ścian... historia losów wielu ludzi.
Teraz także trochę moja. I sądząc po moim krótkim wycinku tej historii – młynarz nie kochał młynarzowej.

Małe, senne, nudne miasteczko. Jeden miniaturowy pasaż handlowy z czterema sklepami, w tym jednym z typowymi niemieckimi, bezkształtnymi, praktycznymi ciuchami na każdą okazję i czymś à la chiński sklep, kilka supermarketów, niewielki rynek, jakich wiele w tej części Europy, duża rzeka, która już kilka razy miasteczko zalewała. Nad miastem góruje zamek o mrocznej historii – w czasie wojny otwarto tam jedną z pierwszych komór gazowych, w której w ciągu dwóch lat straciło życie około piętnastu tysięcy osób, głównie chorych umysłowo.
Wąskie uliczki, domki, domeczki, między nimi kilka ogromnych postkomunistycznych bloków psujących krajobraz - ale za to z pięknym na pewno widokiem z ostatnich pięter. Niewielki, wybrukowany kocimi łbami rynek z kwadratowym budynkiem ratusza pośrodku, kilka sklepów, restauracji. A niedaleko centrum miasteczka - porośnięte rzadkim lasem wzgórze, z którego rozpościera się fantastyczna panorama nieodległego dużego miasta.
U stóp wzgórza, w jego cieniu - dom, podobno starszy od Arki Noego, czym szczycą się jego trzej współwłaściciele. Dawno temu był to młyn, dzisiaj nieduża rzeczka płynie w odległości kilkunastu metrów od ścian budynku. Na trzech kondygnacjach znajdują się trzy mieszkania. Te na piętrze i na poddaszu zyskały balkony, to na parterze duży taras otoczony częściowo murem z polnych kamieni. Za tarasem szeroka płaszczyzna trawnika, kilka drzewek i rozpoczęta i nieukończona nigdy budowa pieca do pizzy.
Poprzykrywane niebieskimi plandekami materiały do jego ukończenia nie upiększają tego widoku.
Teren nie jest niczym ogrodzony, za tujami rosnącymi z tyłu domu znajduje się mały staw z ciemną, niezachęcającą wodą i porośniętymi chaszczami brzegami. Łatwo wyobrazić sobie, że jest to potencjalnie niebezpieczne miejsce dla ewentualnych małych gości lub ewentualnych nietrzeźwych gości lub gospodarzy. Nikt nigdy nie pomyślał o uporządkowaniu tego terenu ani o jego zabezpieczeniu.
Dom stanowi jeden z boków kwadratu zabudowań. Na drugim boku stoją dwa quasi-nowoczesne, betonowe garaże z właściwym temu miejscu bałaganem przed drzwiami - jakąś metalową beczką odwróconą do góry nogami i służącą za stół, koślawą ławką, ogólnym nieładem, pustymi butelkami i niedopałkami. Na drzwiach jednego z garaży komsomolska czerwona gwiazda, ponieważ należy on do Niemca zaimportowanego z Rosji, wznoszącego zawsze toasty „za Stalina”. Trzeci bok kwadratu to grecka restauracja, z której przed południem rozchodzi się woń smażonej cebuli. Czarnowłosi, smagli kelnerzy i kucharze przesiadują w wolnej chwili przy tylnym wyjściu i rozmawiają w melodyjnym języku, tak bardzo innym od chropowatego niemieckiego pełnego tylnojęzykowego „a” i twardych spółgłosek. Mieszkańcy tych zabudowań kilka razy w miesiącu stołują się u Greka, płacąc zawsze gotówką i nie domagając się paragonu, za co szef knajpy rewanżuje się im dodatkowym kieliszkiem uzo na pożegnanie. Nad restauracją mieszka enigmatyczna, niewidzialna hinduska rodzina. Czwarty bok to czterokondygnacyjna ruina od lat przebudowywana na blok z mieszkaniami na wynajem. Ruina zamieszkała jest przez jej właścicieli, którzy wyremontowali już dla siebie jedno narożne mieszkanie na ostatnim piętrze, oraz – podobno – przez nietoperze.
Z powodu przebudowy ruiny sporą część potencjalnie ładnego, obszernego podwórka zajmują materiały budowlane na paletach. Zwykły plac budowy, nic nie jest tam zadbane ani uporządkowane. Bylejakość, bałagan przed garażem, drewniana szopa niefortunnie postawiona przed oknami jednego z pokoi na parterze, jakieś składowisko polan do ogniska, nierówny bruk, zaparkowane przypadkowo samochody…. Gdy jeszcze tam byłam, Henio mówił, że do marca pewna część budowy miała zostać zakończona. Minął marzec, wiosna, lato, nastał październik i jestem dziwnie pewna, że tak, jak było, tak jest. Depresyjnie, brudno, smutno. Na środku kwadratu jest klomb z jednym anemicznym drzewem, który można byłoby obsadzić jakimiś roślinami, ale – kiedyś. Vis à vis drzwi wejściowych do starego młyna stoi dekoracyjny rząd kubłów na śmieci. Mieszkańcy parteru oddzieleni są od tego niepięknego widoku szpalerem tuj.
Niemiecki Ordnung nie ma tu racji bytu. Mąż mieszkanki ruiny, Mirek, jest osobą dość schorowaną, trapioną przez jakieś trudne do zdiagnozowania dolegliwości. Obydwoje, on i jego żona, dużą część roku zaczęli spędzać w Norwegii, gdzie mają dom, łowią ryby i żyją w zdrowym, chłodnym powietrzu. Tam nagle Mirek zaczął odżywać, schudł i wyprzystojniał, jego dolegliwości zaczęły znikać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i – moim zdaniem – jest to dowód na to, że w atmosferze otaczającej stary młyn i wszystkie zabudowania jest coś ciężkiego i niezdrowego, że panujący tam niemożliwy do ogarnięcia bałagan przekłada się na stan zdrowia, powodzenie i nastrój jego mieszkańców. Być może jednak albo atmosfera tego miejsca, albo charakter jego mieszkańców nie sprzyja ukończeniu żadnej z rozpoczętych prac - ani pieca, ani ruiny. Tak naprawdę nic nie jest tam zrobione porządnie i do końca, poza samym budynkiem starego młyna, którego żółta elewacja pięknie kontrastuje z orzechowymi ramami okien i drzwiami wejściowymi. Mieszkanie poddaszowe doświetlone jest wolimi oczkami. Ten, kto to projektował, naprawdę się postarał. W zasadzie – mógłby to być raj. Dwa kroki do centrum, cisza i spokój.
Tak wygląda scena większości opisanych tu wydarzeń.

Marzę o cudzie niepamięci i zapominania. Niestety, los, opatrzność czy w co tam wierzycie obdarowały mnie pamięcią słonia. Może nie pamiętam czasami, po co przyszłam do kuchni, ale słowa, historie i opowieści ze starego młyna żyją we mnie jakbym usłyszała o nich wczoraj. Nie tylko mogę dokładnie określić, kto i kiedy je powiedział, ale także w co był ubrany, w jakim był nastroju i jaka była tego dnia pogoda.
W przypadku głównego bohatera tej historii, Henia, przypomnienie sobie jego stroju nie jest specjalnie wymagającym zajęciem, gdyż przez dziewięćdziesiąt procent czasu widziałam go w patchworkowych dżinsach (niezapomniane wrażenie) oraz jakimś wypłowiałym T-shircie, który oryginalnie - sto prań wcześniej - posiadał kolor bury, zielony lub brązowy.
Żebyście mnie dobrze zrozumieli – ani jedno cytowane zdanie, ani jedna opowiedziana tu historia, jakkolwiek skandaliczna by była, nie są zmyślone dla potrzeb tej opowieści. Historie opowiedziane zostały przez Henia, szarą Anusię czy dużo później poznaną Romcię, a że żadne z nich ani nie było specjalnie dyskretne, ani nie uważało za niestosowne się nimi dzielić, to i ja dzielę się nimi z wami. Romcia nawet przysyłała mi screeny wiadomości Henia, jego oryginalne wynurzenia. To niemieckie życie – jak się okazało – napisało lepsze scenariusze niż dałabym radę sama wymyślić.
I choć wiem, jak bardzo bolesne i nieprzyjemne dla sporej części bohaterów – a zwłaszcza dla mnie - są te wspomnienia – albo raczej moje komentarze, ten ból i ta złość są częścią mojej terapii po tym, jak ten świat starego młyna się ze mną obszedł. Mam wrażenie, że zdrowy rozsądek, którego mi nie brakuje, pozwala osądzić rzeczy takimi, jakie są – dobre jest dobre, a złe jest złe, normalne jest normalne, a dziwne jest dziwne.
Przyszłam tam z sercem na dłoni, z otwartą głową i dostałam – sami zobaczycie.

Mała kraina na południowym wschodzie Niemiec. Rozciągnięta jak jamnik grzejący brzuch na granicy z Czechami, pokryta górkami i przecięta na pół z południa na północ poskręcaną w zawijasy Łabą. Górki, góry, malownicze wzniesienia, formacje skalne, zamki… jesienią lasy widziane z góry wyglądają jak feeria barw, morze żółci, czerwieni, brązu i zieleni.
Ale to widok z góry. Z dołu, często wciśnięte w wąskie doliny, miasteczka i wsie, z domami przylepionymi do wzgórz, gdzie horyzonty i te geograficzne, i te intelektualne są ograniczane przez pobliskie zbocza.
Wiecie, jaka jest idealna kobieta w tym małym świecie na południu Niemiec? Tamtejsza idealna kobieta po pierwsze zdradza, męża, partnera, przyjaciół. W wersji hard może swoje wdzięki i umiejętności oferować za pieniądze. To się tu elegancko nazywa „Eskort”, pani do towarzystwa. Miłość w tym świecie to są mniej lub bardziej poprawne stosunki, często oparte na finansach, pozbawione emocji i empatii czy nawet elementarnego poczucia przyzwoitości, niezależnie od tego, czy ludzi łączy małżeństwo, czy są w związku nieformalnym.
W tym świecie, w którym spędziłam czternaście miesięcy, taki był ideał kobiety. Ideał kobiety głównego bohatera – Henia, boskiego Henia.
A to jest historia o tym, jak rozpaczliwie do tego ideału dążyłam. I byłam o włos od jego osiągnięcia.