Rok w młynie
"@rok_w_młynie" to słodko-gorzka historia związku z tindera. Ona była Polką, on Niemcem ze wschodu (to ważne dla tej historii). Obydwoje 50+, po tak zwanych przejściach, z nadzieją na coś fajnego.
Pierwsza wersja tej opowieści została opublikowana w 2024 roku w Empik Selfpublishing, część egzemplarzy została wydrukowana, a część przetłumaczona na niemiecki i wydana w ograniczonym, bardzo małym nakładzie.
Wersja, którą tu czytacie, jest nieco zmieniona - złagodziłam wydźwięk niektórych fragmentów i dodałam parę szczegółów.
Tak że ten.

Rano zjedliśmy śniadanie na barce zacumowanej obok hotelu z fenomenalnym widokiem na wieże katedry. Patrzyłam uważnie na niego, jak je, co je. Jadł jak harcerzyk – wyprostowane plecy, ściągnięte łopatki, metodycznie kroił bułki i smarował je masłem. Tak jak ja, pił rano kawę. Zastanawiałam się, czy przyzwyczaję się do tej twarzy, do tych szerokich ust, do zmarszczek i worków pod oczami…. Ale zachowywał się naturalnie, spokojnie, uśmiechał się i wyglądał na osobę zadowoloną z tego, gdzie jest i co robi oraz z tego, że jest tu ze mną.
Opowiadał mi, że kiedy był we Wrocławiu z rodziną w katedrze znalazł parasol i że ten darowany z nieba parasol jest z nim do dzisiaj. Zdarzało mu się potem dość często opowiadać mi ponownie tę historię – podobnie jak wiele innych – i wtedy wystawiałam dłoń z rozczapierzonymi palcami – tyle palców, ile razy już to słyszałam. To był jeden z tych małych gestów, powoli budujących bliskość i radosną codzienność.
Po śniadaniu spontaniczny pomysł - jedziemy do zoo i tam moja potrzeba podziwu została zaspokojona po stokroć. Henio znał bowiem wszystkie ryby i rybki pływające w Afrykarium. Kiedyś nurkował, Malediwy, Indonezja, egzotyczne morza i wyspy. Pomyślałam - człowiek z pasją. Tę rybę widziałem, tę karmiłem, lubię nurkowanie w podmorskich jaskiniach, o, manaty. Rybki i inne stworzenia morskie pływały nam nad głowami i wkoło nas, a we mnie rosła szczera, prawdziwa fascynacja tym człowiekiem. Potem okaże się dopiero, że owszem, pasja była dopóki był mężem bogatej żony i zięciem mega bogatych teściów, a po rozwodzie funduszy ubyło i egzotyczne wody musiał zamienić na bliskie jego domu góry i pagórki, które miały tę zaletę, że można było po nich chodzić za darmo. Na razie jednak jego podróżnicza przeszłość – Malediwy, Indonezja, Azory, coroczne pobyty na Majorce – były tematem pięknych opowieści, które we mnie, dla której wyjazd do Kołobrzegu był osiągnięciem, wzbudzały szczery podziw.
Po południu przeszliśmy się znowu przez miasto, szukaliśmy wrocławskich krasnoludków, na kolejnej cudownej barce przy nabrzeżu Odry wypiliśmy kolejnego aperola, było tak fajnie, normalnie i sympatycznie. Nie nudziłam się. Gdy wracaliśmy z obiadu – tym razem jedliśmy w burgerowni wspaniałe, soczyste, ogromne burgery – chwycił mnie za rękę. Na Rynku w Piwnicy Świdnickiej, w najstarszym czynnym browarze Europy, przy mnie zamknął swoje konto na tinderze. Zrozumiałam, że mnie chce, że nie chce już szukać i błąkać się po bezdrożach internetowych znajomości.
Tak czy siak, to był ten dzień, gdy zalał mnie ocean jego czułości. Zawsze będę pamiętać, jak siedzi na podłodze w hotelowym pokoju, oparty o łóżko, ze śmiesznie podwiniętymi skarpetkami i pokazuje mi zdjęcia na telefonie. Zdjęcia posegregowane według miejsc i dat, klasyczny niemiecki porządek. Powiem szczerze, nie lubię oglądać cudzych zdjęć, zaglądanie w takie wycinki życia ludzi jest dla mnie kompletnie nieinteresujące, bo widzisz ułamek sekundy, być może obrobiony w fotoszopie, nieprawdziwy, ulotny, chwilowy. Prawdziwa historia kryje się w słowach. Ale było miło, słodko, spokojnie i czule, piliśmy wino, on patrzył w ten telefon, a ja patrzyłam na niego, na jego kręcące się włosy – myślałam, że był blondynem, a on był srebrny – na łysinę prześwitującą na czubku głowy, na drobne dłonie i zgrabne małe uszy. Tak, widziałam już pozytywy jego powierzchowności.
Potem kontunuowaliśmy rozmowę półleżąc na łóżku i on głaskał mnie po ramionach, a potem odwróciłam się do niego i zaczęłam go całować. Stało się. Myślałam, że jeżeli nie spróbuję i nigdy się więcej nie spotkamy, być może zawsze będę żałować, ze nie dałam sobie tej szansy. Poza tym – przejechaliśmy do siebie szmat drogi.
W łóżku był miły, czuły i troskliwy. Nie żeby było to nadziemskie przeżycie, ale atmosfera i to, co robiliśmy, pasowało do mojego wyobrażenia Henia. Jego ciało było takie swojskie, z brzuchem, rzadkim owłosieniem na piersiach, ogolonym podbrzuszem. Nasze ciała pasowały do siebie, oddychaliśmy w tym samym rytmie i dotykaliśmy tam, gdzie chcieliśmy być dotknięci. Miał miękkie usta, delikatne dłonie i miło pachniał. W pewnym momencie wycofał się, nie doszedł, ale – jako że był to nasz pierwszy raz – nie drążyłam tematu, nie dopytywałam. Powiedział – nie martw się, w nocy dokończymy. W nocy wprawdzie znowu próbował i znowu się nie udało skończyć, ale nie było to dla mnie większym problemem. Pomyślałam, że faceci w tym wieku tak mają, ostatni raz uprawiałam seks z kimś, kto miał 44 lata. Cóż, kwestia wieku.
Tej nocy jednak, prawdę powiedziawszy, wszystko i tak dla mnie było nowe i odkrywcze. W nocy nie mogłam zasnąć, spaliśmy na dwóch końcach wielkiego łóżka, nieobjęci mimo tego, co zaszło i mimo tego, co pokazują komedie romantyczne, we mnie buzowała adrenalina, a on co jakiś czas budził się, całował mnie w plecy i mówił „kocham cię”. Byłam tak spragniona męskiego zainteresowania, czułości i bliskości, że to przyspieszone „kocham cię” nie wzbudziło we mnie strachu ani chęci ucieczki. Pomyślałam – jest tak, jak powinno być. Ja i on. Czułość, bliskość, intymność. Chwilo trwaj. Zaczynałam myśleć, że mam szczęście.
Drugiego dnia znowu śniadanie z tym samym widokiem – na Ostrów Tumski i na niego. Dalej patrzyłam wprost na jego twarz i mimo pamięci ostatniej nocy wciąż zastanawiałam się, czy jest to ktoś, na kogo chcę patrzeć przy kolejnych śniadaniach, przez następne dni, tygodnie, miesiące. Po śniadaniu, gdy leżeliśmy na łóżku w moim pokoju, delektując się spokojem, ciszą, naszym towarzystwem, udało mi się dokończyć za Henia to, czego nie dokończył w nocy. Zapytałam go „Are you disappointed?” (Czy jesteś rozczarowany?), na co odpowiedział „I don’t know”. Nie zrozumiał tego pytania, jego rozluźniona, szczęśliwa twarz mówiła, że jest zachwycony, że podoba mu się nasza bliskość.
Krótkie pożegnanie na hotelowym parkingu i nasze samochody rozjechały się w dwie różne strony za mostem Piaskowym. Dziś żałuję, że nie na zawsze. A tymczasem już nie mogłam się doczekać dalszego ciągu.

- I’m happy – powiedział Henio wkładając kartę do terminala w recepcji hotelu. Kwota była – jak na moje mniemanie – spora, bo te dwie noce ze śniadaniami miały kosztować każde z nas prawie 600 zł. Przytuliłam twarz do jego ramienia, do jego granatowej kurtki, chociaż, gdy wysiadł z samochodu, pierwszą moją myślą było – uciekaj.
Szpiczaste stukające buty, dżinsy i okropna koszula w czerwone pionowe pasy z rysunkiem à la gang motorowy na plecach... i reszta, którą znałam ze zdjęć i której się bałam. Taki typowy Niemiec. I „typowy” nie jest tu komplementem. Uciekaj, Beata.
No, ale tak się miło na whatsappie pisało…. Wprawdzie moja córka była przygotowana na to, żeby na mój sygnał zadzwonić i opowiedzieć jakąś łzawą historyjkę tak, abym musiała natychmiast wracać – „przepraszam, Heniu, sam rozumiesz, może kiedy indziej” – ale moje poczucie przyzwoitości mówiło, że nie wypada, że zrobił dla mnie tyle kilometrów, nie mogę tak po prostu pod byle pretekstem uciec. Więc zostałam, moja empatia – słowo, którego on użył w swoim tinderowym opisie, a którego znaczenia nie rozumiał – nie pozwoliła mi nie zostać.
Teraz, kiedy o tym myślę, wciąż otwiera się w mojej szafce pamięci ta specjalna szufladka podpisana BWM (pamiętacie z dzieciństwa te napisy XX + XY= BWM?), a z niej bije takie ciepło, taka słodycz, taka radosna beztroska. Miłość. I ta szufladka zarezerwowana jest dla niego. Wszystko, co się później wydarzyło, nie zmieni wspomnień tych pierwszych słonecznych chwil.
Miał piękny, głęboki głos, ładnie się ruszał, był wysoki, zgrabny, nieco zgarbiony. Przyglądałam mu się uważnie, chcąc nie żałować czasu i wysiłku, i przede wszystkim moich emocji. Wiecie, tego na zdjęciach nie zobaczysz.
Ale na razie poszliśmy na miasto. Niespiesznie, jeszcze w sensownej odległości od siebie. I okazało się, że się klei, że nie zapada między nami to niezręczne milczenie, kiedy każdy myśli „Boże, co ja tu robię”. Dużo się śmialiśmy i żartowaliśmy. Pierwsza kawiarnia, pierwszy aperol i pierwsza czerwona flaga - telefon od byłej żony. Ależ odbierz, może to coś ważnego, nie jestem tak płytka, by rozmowa z Ex mogła mi przeszkadzać... cóż, chodziło o opłacenie prawa jazdy dla ich syna. Niecierpiąca zwłoki najwidoczniej sprawa. Ale byłam ponad to, ja, uosobienie tolerancji i otwartości na nowe.
Pod Operą wystawione były plakaty ze zdjęciami z jego okolic. Zdaje się, że Wrocław to miasto partnerskie Drezna i plakaty miały upamiętnić ten fakt. Piękne krajobrazy, cudne góry. Znał wszystkie te miejsca, o każdym miał coś do opowiedzenia, wszędzie był. Zaimponował mi po raz pierwszy. Powoli przestawało się liczyć to, co mi przeszkadzało, a zaczęło liczyć to, jak interesującym człowiekiem się stawał. Poczułam, że mam do czynienia z pasjonatem, a że pasjonatów zawsze szanowałam, to popatrzyłam na niego innym okiem. Poza tym Henio wykonywał w moim kierunku drobne, czułe gesty, tu dotknął, tam musnął, i jakby zaczynałam go lubić.
Pierwszy obiad zjedliśmy w restauracji na rynku, w nazwie miała „polska kuchnia”, ale jedzenie było mocno takie sobie, a ceny z kosmosu. Za hotel i ten jeden obiad płaciliśmy każde za siebie, za całą resztę płaciłam ja, ponieważ uznałam, że on jest moim gościem na moim terenie i winnam pełnić obowiązki gospodarza. On nie protestował.
Wrzesień był piękny, fale Odry błyszczały w słońcu, a oświetlony późnym wieczorem budynek mojej Alma Mater był zachwycający. Potem w hotelu butelka wina, którą przywiózł razem ze świecami. Świec ostatecznie nie zapaliliśmy, bo moglibyśmy uruchomić alarm przeciwpożarowy. Ale urzekł mnie tym, że pomyślał o tym winie, że może nie kwiaty, ale jednak coś z myślą o mnie. O nas?
Spać poszliśmy grzecznie każdy w swoim pokoju, a ja, leżąc w gigantycznym łóżku, myślałam, czy to jest człowiek dla mnie, czy dać mu - i sobie - tę szansę. Wahałam się długo, czy nie napisać, żeby przyszedł i żebyśmy tę noc spędzili razem. Ostatecznie jednak nie napisałam, dałam sobie czas na zastanowienie, zapadłam w głęboki, spokojny sen.

Był inny, był delikatny, zainteresowany i wyglądało, że naprawdę mu się podobam. Dbał o poranne „dzień dobry” i wieczorne „dobranoc”, nie był nachalny i wylewny, nie wypytywał i nie dociekał. Wprawdzie to, co widziałam na zdjęciach, nie zachęcało, ale uznałam to za dobry omen - ci piękni, gładcy, przystojni i bogaci byli oszustami, może więc ten jeden będzie prawdziwy?
[*****2022, 20:55:24] Beata: To tell you the truth, you’re already better than I expected.
[*****2022, 20:57:49] Henio: i think i am a really honest person. that is perhaps the most important
Wierzyłam w to. Jak Niemiec z DDR, mój rocznik, wychowany na tych samych bajkach i w tej samej historii Europy, mógł kłamać? Takie coś w ogóle nigdy nie przyszłoby mi do głowy.
Kiedy wysłałam mu moje najlepsze zdjęcie, takie z profesjonalnej sesji, zapytał:
– Ale dlaczego ja? Dlaczego mnie wybrałaś?
Sprawiał wrażenie wyraźnie zachwyconego i zauroczonego, a mi naprawdę niewiele było trzeba – prawdziwej troski, empatii, poczucia bezpieczeństwa i odrobiny szaleństwa jako wisienki na torcie.
Opowiadał mi o dzieciach, o tym, że jego samochód jest w naprawie i jeździ autem zastępczym, trochę o pracy, trochę o nowej motocyklowej pasji, o swoich sąsiadach, z którymi zaczął wtedy budować piec do pizzy (jeśli pamiętacie, półtora roku później wciąż nieukończony)... dobry człowiek. Przysyłał zdjęcia z synem, zdjęcia rodziców w kolorowych kurtkach na tle zielonego lasu. Wiedziałam, że lubili zbierać grzyby, rodzinne wycieczki, a on – góry. Nie byłam fanką gór, moje nizinne serce wolało bezbrzeżne horyzonty morza i plaży, ale pomyślałam, że interesujące jest poznać – wreszcie – coś innego, wyjść z corocznych wakacji w Kołobrzegu i otworzyć się na nowe.
Pierwsza randka po miesiącu pisania. Wrocław. Bajeczny hotel na wyspie, z restauracją na barce, widokiem na katedrę. Hotel miał wybrać i zarezerwować on, ale nie pokochał się z polskim bookingiem i ostatecznie wybór hotelu i rezerwacja spadły na mnie. Poczułam brzemię odpowiedzialności, chciałam, żeby był zadowolony.
Oczywiście dwa oddzielne pokoje. Mimo że sugerował jeden wspólny, że on przecież nie będzie nalegał, molestował, że mogę czuć się bezpiecznie, nie dałam się namówić.
Tuż przed wyjazdem wysłałam mu swoje zdjęcie z tego poranka. Zobacz, tak naprawdę dziś wyglądam, możesz jeszcze się wycofać. Odpisał, że tym bardziej przyjedzie.
Przyjechałam dużo wcześniej i czekałam. On spóźnił się prawie godzinę - bo pomylił hotele i błąkał się po mieście.
Jak się okazało, tego typu rozczulająca mnie nieporadność była Henia cechą charakterystyczną. Albo zabłądził, albo się upaprał przy jedzeniu, albo wybrał gorszą ścieżkę w górach, albo – gdy chciał podarować mi swój stary soundbar do telewizora – okazało się, że urządzenie było zepsute. Kiedy pierwszy raz zabrał mnie na przejażdżkę motorem, na postoju motor przewrócił się na mnie i posiniaczył mi łydkę, a potem pan kierowca zapomniał, jak się motor uruchamia i wpadł w panikę. Cały Henio.
Stałam na rogu ulicy i na widok każdego zbliżającego się samochodu skakało mi ze stresu ciśnienie - jaki on będzie, jak to będzie, czy się porozumiemy, czy będziemy mieli o czym rozmawiać.
W końcu beżowy Hyundai mignął mi światłami. On.

„Jestem trochę szalony, a mimo to stąpam twardo po ziemi. Singiel, wieczny optymista. Bardzo empatyczny i pełen miłości. Poznaj mnie i może spędźmy razem najlepsze chwile w życiu. Aha, i chętnie się śmieję. Jestem wolny, otwarty i chciałbym z tobą cieszyć się życiem.”
Tym łatwiej przyszło mi odejście od George’a, który zajął moje emocje na prawie trzy miesiące, że oto wśród polubiających na tinderze pojawił się – Henio.
Niemiec z byłego DDR, gdzieś spod Drezna – rzut kamieniem! pomyślałam - to na pewno nie oszust.
Opis brzmiał zachęcająco, a że naiwnie wierzyłam, że ludzie, tak jak ja, piszą raczej szczerze i rozumieją znaczenie słów, których używają (na przykład „empatyczny”), po jakimś czasie zdecydowałam się na niego zareagować. Nie żeby jakoś mi się specjalnie na zdjęciu spodobał – miał ogromne zęby, szerokie usta (babciu, a dlaczego masz takie duże zęby? – żeby cię zjeść, Czerwony Kapturku!), na części zdjęć wyglądał naprawdę nieatrakcyjnie (zwłaszcza profilowe na którymś koncie na mediach społecznościowych było dość przerażające), ale – umówmy się – po przygodach z oszustami i odrzuceniu brzuchatych facetów z wąsem wyglądających na mojego dziadka, miałam już niewielki wybór. Więc odklikałam i przeszliśmy na whatsappa.
[*****2022, 15:58:42] Beata: Hello, Henio, it’s Beata.
[*****2022, 16:09:10] Henio: Hallo Beata, nice to see you
[*****2022, 16:52:23] Beata: Hi! So what are you doing this evening? And what do you usually do on weekends?
[*****2022, 16:56:06] Henio: I'm going to eat Greek with my neighbors today. it's just good he's right on the property. the day before yesterday I was with my parents near Cottbus on my motorbike. yesterday we went paddling with friends in the Spreewald. I went back today.☺
I zaczęło się robić naprawdę miło. Oczywiście rano i wieczorem jakieś small talki, jakaś wiadomość w ciągu dnia, i opisy jego życia gdzieś tam w Saksonii: że mieszka w starym młynie, który ma ponad 600 lat, że chodzi po górach, że jeździ na motorze, że popołudnia spędza w ogrodzie lub na tarasie, grillując z sąsiadami. Wyglądało to na bardzo spokojne, poukładane życie, do tego zdjęcia mieszkania i ogrodu absolutnie mnie zachwyciły, więc pomyślałam – czemu nie? Może po tych wszystkich latach, zawieruchach takie właśnie życie jest mi potrzebne? No a że Niemiec? Pisaliśmy po angielsku, jakoś to szło, a niemiecki w głowie mogłam zawsze odświeżyć.
Nawet jakieś przejawy poczucia humoru było widać – zapytałam go, ile ma wzrostu, odpowiedział: 122 cm.
I w następnej wiadomości: +60 cm.
Byłam absolutnie zachwycona.
Tak oto sierpień 2022 był najszczęśliwszym od dawna miesiącem w moim życiu z różnych powodów, ale kto wie, czy nie najważniejszym z nich było pojawienie się uroczo nieśmiałego, troskliwego i czułego Henia, którego wiadomości z czasem zaczęłam najpilniej wyczekiwać.

Najdłużej goszczącym w moim telefonie i oczywiście sercu był rzekomy Brytyjczyk rzekomo pracujący w Poznaniu. Rzekomy Brytyjczyk imieniem George poderwał mnie tradycyjnie na tinderze, szybko przeszliśmy na whatsappa i - jak to powiedział - na „next level”. Tak, tylko ze mną wyobraża sobie przyszłość, kocha, będzie ojcem dla moich dzieci, mamy całe szczęśliwe życie przed sobą, och, jak pięknie! Podobno był po rozwodzie (oczywiście co zrobiła mu żona? No zgadnijcie! Tak, nie była mu wierną!), wychowywał córkę, która na czas jego kontraktu w Polsce mieszkała z babcią w pobrexitowym UK.
Co rano pikała w telefonie poetycka wiadomość o tym, że los postawił go na mojej drodze albo mnie na jego drodze…. Co wieczór podobne w tonie i treści ałła ałła, w ciągu dnia sto pytań o samopoczucie. Nie powiem, czułam się dopieszczona tym zainteresowaniem.
A więc - spotkajmy się.
Randka z Georgem została umówiona, stolik zarezerwowany, outfit przemyślany, fryzjer zaklepany. I co? I pstro. Randka miała odbyć się w sobotę, tymczasem w poprzedzający ją poniedziałek mama George’a trafiła do szpitala. Podobno od lat chorowała na jakiś rodzaj nowotworu, kontrolowanego przez leki, ale tym razem leki przestały wystarczać i konieczna stała się operacja. Za - uwaga - 12 tysięcy funtów. George był uprzejmy przysłać rozmaite dokumenty świadczące o tym, że brytyjska niedobra służba zdrowia kosztów tej akurat operacji nie pokrywa. Wszystko opatrzone pieczątkami. Niestety, brakowało mu wciąż 7 tysięcy. Zjeżyłam się mentalnie w oczekiwaniu na prośbę o pieniądze, czar George’a zaczął jakby pryskać, a tu niespodziewanie w środę - mama zmarła, a George natychmiast odleciał do UK i randkę diabli wzięli.
Ale miłość nadal trwała, wiadomości o stałych porach przychodziły, nadal czułe, acz okraszone smutkiem i wyrzutami sumienia, że się tej kasy nie dało na czas zorganizować. Mentalnie przytulałam go do serca, a jakże, i współczułam, i pocieszałam, i odsunęłam podejrzliwość na dalszy plan. Po jakimś tygodniu George przysłał jednak skan maila informującego go, że wygrał oto jakiś przetarg na prace remontowe w hotelu na Cyprze Północnym. Kontrakt opiewał na - bagatela - trzy miliony euro, do tego George uprzejmy był załączyć wykaz prac i materiałów do kupienia (w tym kilkaset posążków Buddy i chłodziarek do wina - za trzy bańki? Naprawdę?). Tłumaczył się, że zupełnie o tym przetargu zapomniał, teraz go wygrał, więc pojedzie, ale że prace mają być zrobione w dwa tygodnie, to zaraz wróci do Polski i do mnie bogatszy o ponad 400 tysięcy euro czystego zarobku. Co było robić, zamieniłam się w Penelopę i wiernie czekałam.
Pobyt na wyspie Afrodyty zaczął się dla George’a pogodnie - hotel, słońce, perspektywa fajnej kasy, no i ja, ta wyśniona kobieta, wiernie czekająca po drugiej stronie telefonu. Zamówione posążki Buddy, chłodziarki do wina i inne pierdy z Chin warte 3 bańki euro czekały w porcie na rozładowanie…. Aż tu nagle okazało się, że oprócz podatku numer 1, na który George był finansowo przygotowany, trzeba jeszcze zapłacić VAT. Taki cypryjski zwyczaj.
No i zabrakło George’owi - bagatela - 99 tysięcy euro. A ponieważ niezapłacenie tegoż vatu groziło konfiskatą towaru - za, przypomnijmy, zyliardy euro - oraz karami dla wykonawcy niewykonanego remontu, rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie eurasków. I oto stałam się świadkiem i ofiarą żenującego żebrania o kasę.
Wyobraźcie sobie to - facet, który przez dwa miesiące daje się postrzegać jako mądry, ogarnięty i całkiem niczego sobie gość staje się oto histerykiem na przemian szlochającym, żebrzącym lub agresywnym. To ostatnie mnie w ogóle zaskoczyło, bo obrywało mi się co jakiś czas za brak zrozumienia, brak wsparcia, brak w ogóle wszystkiego, po czym następnego dnia przychodziła wiadomość typu „oj tam, to była taka mała wymiana zdań przecież”.
Brakujące 99 tysięcy udało się, o dziwo, w kilkanaście dni uzbierać (pamiętacie, że cały kontrakt opiewał na 14 dni?) dzięki rzekomej pożyczce od siostry i przyjaciół, i George cały szczęśliwy miał się zabrać do pracy, gdy nagle okazało się, że tym razem brakuje 1.200 euro na transport chińskich dóbr na miejsce inwestycji.
I znowu - płacze, żebranie, prośby ("kochanie, zorganizuj te pieniądze, a potem już zawsze będziemy razem"), czasem wyrzuty, czasem ataki agresji. Doprawdy, ciekawym było obserwowanie tych zmian nastroju.
Przy tym wszystkim miłość - rzecz jasna - kwitła, i to mimo braku darowizn z mojej strony. Co poranne smsy, co wieczorne wiadomości, co południowe wyznania.
Na domiar złego mój kochany głodował i waletował w hotelu, bo skończyły mu się ostatnie pieniądze. Jak tu takiego nie żałować?
Żeby nie przedłużać tej opowieści, inwestycja została jakoś jednak zakończona i już już wydawało się, że oto zajrzy nam w oczy jutrzenka szczęśliwego z Georgem pożycia, ale - na wypłatę obiecanych trzech baniek musiał George na Cyprze poczekać nawet i sześć tygodni.
I tu się moja cierpliwość skończyła, związek zakończyłam, więzy zerwałam, a i sam George z czasem mnie poblokował. Do dziś nie wiem zatem, czy i jak się ta Odyseja zakończyła, czy mój niedoszły przyszły oblubieniec powrócił do Europy, towarzyszy mi jednak dziwna pewność, że nie i że nigdy nie powróci. Ba, że nigdy pewnie w kontynentalnej Europie nogi nie postawił.

Pierwszym napotkanym interesującym obiektem był Francuz. Z Nicei. Na zdjęciu przystojniak z umięśnionymi ramionami, białymi włosami, a obok niego śliczny chłopiec. Albo takie zdjęcie: przystojny facet, obok wyżeł, przystrzyżony trawniczek, po którym biega śliczne dziecko, w tle palma i białe mury domu. Słońce, zieleń, pachnie dużą kasą. No, która z nas, z ręką na sercu, nie chciałaby dokleić się do takiego obrazka? Ja chciałam, jak najbardziej. Profil przesunięty w prawo i szybki odzew po polsku. Pan jest Francuzem z Nicei, samotnie wychowuje syna (uwaga - większość tych panów to samotni rodzice, bardzo często wdowcy). Ma firmę budowlaną. Żona zdradziła go z najlepszym przyjacielem, więc on biedaczek nikomu nie ufa, nie ma rodziny, przyjaciół ani nikogo. Tylko syna i psa. No i od teraz już także ciebie. (Pamiętacie "Oszusta z Tindera"? Pierwszej oszukanej lasce Simon pisał, że będzie matką jego dzieci. Takie szybkie tworzenie rodziny jest dość typowe dla panów naciągających.) Aha, zdradziecka żona wyszła za mąż za tego przyjaciela i umarła.
Pan zaproponował mi szybko przejście na whatsappa, przysłał nawet zdjęcie swojego dowodu osobistego. Pełne zaufanie normalnie. Opowiedział historię swojego życia: rodzice się rozwiedli, ojciec wyjechał do Burkina Faso robić biznesy (to ogromnie ważna informacja, coś jak strzelba Czechowa, która wypali pod koniec opowieści), nie ma z nim praktycznie żadnego kontaktu, raz w roku telefon i tyle. Matka zmarła.
Oczywiście, dziwne było to, że pan z uporem maniaka pisał po polsku za pomocą translatora, za chińskiego boga nie chciał przejść na swój język ojczysty, ma telefon zaczynający się od +48 i wszelkie inne pytania o życiorys ucina zdawkowym „napiszę wieczorem”. Z zalet należy zaznaczyć regularność w porannym i wieczornym pisaniu wiadomości okraszonych serduszkami i emotkami, zainteresowanie tym, co jadłam, jak się miewałam i jaka jest pogoda.
Relacja prawie już rodzinna rozwijała się zatem świetnie, Francuz planował przeprowadzkę do Polski (halo, halo, to ja chciałam do tej Nicei!), aż tu pewnego dnia napisał, że dostał wiadomość z afrykańskiego odległego kraju - Burkina Faso (to ta strzelba, co miała wystrzelić): jego ojciec leży umierający w szpitalu i lekarz sugeruje mu, żeby szybko przyjechał się z nim pożegnać. Co prawda - ojca prawie nie zna, ich kontakty są praktycznie żadne, ale więzy krwi kazały mu jednak spakować walizkę, zabrać syna (bo, jak wiemy, nie ma go z kim zostawić, jest samotnym wilkiem na pastwisku pełnym złych owiec) i wyruszyć do Burkina Faso. Tymczasem tatuś następnego dnia zmarł, dostałam zaskakującą wiadomość: "mój bóg umarł" (wtf, jaki bóg, w końcu miłości ojcowskiej to nasz luby specjalnie nie zaznał), ale w naiwności tych pierwszych tinderowych znajomości było mi nawet przykro z tego powodu.
Dzielny Francuz zajął się następnie organizowaniem pogrzebu, opłacaniem szpitala i leczenia, aż po dwóch dniach bomba wybuchła - wyszedł do bankomatu, burkińscy zbrodniarze napadli go, ukradli mu wszystko łącznie z kartami kredytowymi, stracił, co miał, na dodatek go pobili - w załączeniu było zdjęcie ze szpitalnego łóżka - i na to wszystko wystosował apel:
- Ania, przyślij pieniądze.
Problem w tym, że nie miałam na imię Ania. Kretyn znaczy się to był, nawet imion nie mógł spamiętać.
Szybka blokada. W międzyczasie, jak z zaświatów, ostatnia wiadomość: „Ale co będzie z moim synem?". Ale jakoś mnie to specjalnie już nie obchodziło.
To było moje pierwsze prawdziwe zetknięcie ze złym tinderem. Jak się okazało, nie ostatnie. Po drodze był jeszcze kolejny samotny ojciec (tym razem jedenastoletnich bliźniaków, które chciał do mnie przywieźć), też wdowiec oraz czarnoskóry młodzieniec z Wybrzeża Kości Słoniowej udający znowu Francuza, którego fałszywą tożsamość szybko odkryłam, bo niezbyt inteligentnie ściągnął zdjęcie profilowe po prostu z internetu. Miał 23 lata, nie pracował, nie studiował, marzył o karierze piłkarskiej w europejskim klubie, chociaż jego jedyny kontakt z piłką nożną to były podwórkowe mecze z kolegami, jednym słowem - kandydat doskonały.

Pewnego słonecznego majowego popołudnia przyszła do mnie na kawę Lidka.
Lidka, kiedyś dawno moja studentka, mama przyjaciółki jednej z moich córek, mieszkająca w tym samym miasteczku i borykająca się na co dzień z tymi samymi problemami samotnej matki, godzącej pracę, dom, dzieci, łatająca dziury finansowe. Piękna, atrakcyjna kobieta, z której postawy zawsze, niezależnie od okoliczności, biła pewność siebie, energia i pogoda ducha. Lidka usiadła i zarządziła:
- Zakładamy ci tindera. Dość już tego siedzenia na dupie bez faceta. Ile lat tak siedzisz?
No i wyszło, że ponad dziesięć, a licząc ostatnie lata małżeństwa, które były już pozbawione bliskości i porozumienia, to nawet i trzynaście. Trzynaście lat, w czasie których myślenie o mężczyznach było na jakimś odległym, może setnym miejscu mojej listy rzeczy ważnych i najważniejszych.
W tym czasie robiłam to, co ona i co robią pewnie wszystkie tak zwane dzielne kobiety – wychowują, pracują, wiążą koniec z końcem. Ja jeszcze przez półtora roku towarzyszyłam w chorobie i umieraniu mojemu ojcu, wybudowałam dom i posadziłam drzewo. Radziłam sobie jak umiałam. Sama.
Teraz Lidka bezceremonialnie wzięła mój telefon, ściągnęła aplikację, powybierała zdjęcia, zrobiła opis, przeprowadziła krótkie szkolenie – to w lewo, to w prawo, tu piszesz, tu klikasz, no, baw się dobrze – dopiła kawę i zniknęła.
I się zaczęło.
Po pierwszej dobie ponad sto trzydzieści polubień. Moje morale i poczucie własnej wartości sięgnęło zenitu. Jeszcze nie wiedziałam do końca, jak to naprawdę działa, ilu oszustów, ilu kolekcjonerów matchy i ilu oszołomów spotkam, ale na razie bawiło mnie przeglądanie ich zdjęć, czytanie opisów i decydowanie, kto w prawo, kto w lewo. To jak decydowanie o czyimś życiu. Jak wtedy, gdy na egzaminach wstępnych na nasz wydział decydowaliśmy, kto z nami na trzy następne lata zostaje, a kto nie. Tym razem decydowałam jednak o moim życiu.
Były ogłoszenia stricte erotyczne – seks i nic więcej. Były ogłoszenia pełne zdjęć kotków, piesków i gór, tak jakbym oglądała album przyrodniczy. Były ogłoszenia zabawne, jak choćby to z jednym jedynym rozpaczliwym kryterium podanym przez Niemca: „Suche Frau mit Thermomix”. Ale były też takie, które przynajmniej na pierwszy rzut mojego niedoświadczonego, naiwnego oka wyglądały poważnie.
Po odsiewie zostało kilkanaście pozornie, potencjalnie interesujących osób.

Czy wierzycie w genius loci? W duchy lub demony, które opiekują się danym miejscem? W to, że tworzą atmosferę miejsca i potrafią wpływać na jego mieszkańców? Że mury domu mogą wchłaniać jego historię, dobro i zło, którego doświadczali mieszkający tam ludzie?
Ja wierzę.
To wyobraźcie sobie, ile pokoleń widziały mury tego ponad sześćsetletniego młyna. Ile radości, śmiechu, łez i krzyku widziały jego ściany. Czy młynarz bił czy kochał młynarzową? Czy w tym domu ktoś się szczęśliwie urodził lub spokojnie umarł? Czy dbano o zwierzęta, które mieszkały w parterowej części budynku, gdzie teraz jest mieszkanie? Czy może po podłogach płynęła krew? (O odchodach nie wspominam.) Czy ludzie i zwierzęta byli tu szczęśliwi? Czy kolejne wojny tak częste w tej części świata wyrządziły szkody domowi lub jego mieszkańcom?
Atmosferę tego miejsca po prostu czujesz. Grube na kilkadziesiąt centymetrów ściany parteru z ciosanego kamienia niejedno widziały. Czujesz to w powietrzu, w specyficznym zapachu, w unoszących się w promieniach słońca drobinkach kurzu ze starych ścian... historia losów wielu ludzi.
Teraz także trochę moja. I sądząc po moim krótkim wycinku tej historii – młynarz nie kochał młynarzowej.

Małe, senne, nudne miasteczko. Jeden miniaturowy pasaż handlowy z czterema sklepami, w tym jednym z typowymi niemieckimi, bezkształtnymi, praktycznymi ciuchami na każdą okazję i czymś à la chiński sklep, kilka supermarketów, niewielki rynek, jakich wiele w tej części Europy, duża rzeka, która już kilka razy miasteczko zalewała. Nad miastem góruje zamek o mrocznej historii – w czasie wojny otwarto tam jedną z pierwszych komór gazowych, w której w ciągu dwóch lat straciło życie około piętnastu tysięcy osób, głównie chorych umysłowo.
Wąskie uliczki, domki, domeczki, między nimi kilka ogromnych postkomunistycznych bloków psujących krajobraz - ale za to z pięknym na pewno widokiem z ostatnich pięter. Niewielki, wybrukowany kocimi łbami rynek z kwadratowym budynkiem ratusza pośrodku, kilka sklepów, restauracji. A niedaleko centrum miasteczka - porośnięte rzadkim lasem wzgórze, z którego rozpościera się fantastyczna panorama nieodległego dużego miasta.
U stóp wzgórza, w jego cieniu - dom, podobno starszy od Arki Noego, czym szczycą się jego trzej współwłaściciele. Dawno temu był to młyn, dzisiaj nieduża rzeczka płynie w odległości kilkunastu metrów od ścian budynku. Na trzech kondygnacjach znajdują się trzy mieszkania. Te na piętrze i na poddaszu zyskały balkony, to na parterze duży taras otoczony częściowo murem z polnych kamieni. Za tarasem szeroka płaszczyzna trawnika, kilka drzewek i rozpoczęta i nieukończona nigdy budowa pieca do pizzy.
Poprzykrywane niebieskimi plandekami materiały do jego ukończenia nie upiększają tego widoku.
Teren nie jest niczym ogrodzony, za tujami rosnącymi z tyłu domu znajduje się mały staw z ciemną, niezachęcającą wodą i porośniętymi chaszczami brzegami. Łatwo wyobrazić sobie, że jest to potencjalnie niebezpieczne miejsce dla ewentualnych małych gości lub ewentualnych nietrzeźwych gości lub gospodarzy. Nikt nigdy nie pomyślał o uporządkowaniu tego terenu ani o jego zabezpieczeniu.
Dom stanowi jeden z boków kwadratu zabudowań. Na drugim boku stoją dwa quasi-nowoczesne, betonowe garaże z właściwym temu miejscu bałaganem przed drzwiami - jakąś metalową beczką odwróconą do góry nogami i służącą za stół, koślawą ławką, ogólnym nieładem, pustymi butelkami i niedopałkami. Na drzwiach jednego z garaży komsomolska czerwona gwiazda, ponieważ należy on do Niemca zaimportowanego z Rosji, wznoszącego zawsze toasty „za Stalina”. Trzeci bok kwadratu to grecka restauracja, z której przed południem rozchodzi się woń smażonej cebuli. Czarnowłosi, smagli kelnerzy i kucharze przesiadują w wolnej chwili przy tylnym wyjściu i rozmawiają w melodyjnym języku, tak bardzo innym od chropowatego niemieckiego pełnego tylnojęzykowego „a” i twardych spółgłosek. Mieszkańcy tych zabudowań kilka razy w miesiącu stołują się u Greka, płacąc zawsze gotówką i nie domagając się paragonu, za co szef knajpy rewanżuje się im dodatkowym kieliszkiem uzo na pożegnanie. Nad restauracją mieszka enigmatyczna, niewidzialna hinduska rodzina. Czwarty bok to czterokondygnacyjna ruina od lat przebudowywana na blok z mieszkaniami na wynajem. Ruina zamieszkała jest przez jej właścicieli, którzy wyremontowali już dla siebie jedno narożne mieszkanie na ostatnim piętrze, oraz – podobno – przez nietoperze.
Z powodu przebudowy ruiny sporą część potencjalnie ładnego, obszernego podwórka zajmują materiały budowlane na paletach. Zwykły plac budowy, nic nie jest tam zadbane ani uporządkowane. Bylejakość, bałagan przed garażem, drewniana szopa niefortunnie postawiona przed oknami jednego z pokoi na parterze, jakieś składowisko polan do ogniska, nierówny bruk, zaparkowane przypadkowo samochody…. Gdy jeszcze tam byłam, Henio mówił, że do marca pewna część budowy miała zostać zakończona. Minął marzec, wiosna, lato, nastał październik i jestem dziwnie pewna, że tak, jak było, tak jest. Depresyjnie, brudno, smutno. Na środku kwadratu jest klomb z jednym anemicznym drzewem, który można byłoby obsadzić jakimiś roślinami, ale – kiedyś. Vis à vis drzwi wejściowych do starego młyna stoi dekoracyjny rząd kubłów na śmieci. Mieszkańcy parteru oddzieleni są od tego niepięknego widoku szpalerem tuj.
Niemiecki Ordnung nie ma tu racji bytu. Mąż mieszkanki ruiny, Mirek, jest osobą dość schorowaną, trapioną przez jakieś trudne do zdiagnozowania dolegliwości. Obydwoje, on i jego żona, dużą część roku zaczęli spędzać w Norwegii, gdzie mają dom, łowią ryby i żyją w zdrowym, chłodnym powietrzu. Tam nagle Mirek zaczął odżywać, schudł i wyprzystojniał, jego dolegliwości zaczęły znikać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i – moim zdaniem – jest to dowód na to, że w atmosferze otaczającej stary młyn i wszystkie zabudowania jest coś ciężkiego i niezdrowego, że panujący tam niemożliwy do ogarnięcia bałagan przekłada się na stan zdrowia, powodzenie i nastrój jego mieszkańców. Być może jednak albo atmosfera tego miejsca, albo charakter jego mieszkańców nie sprzyja ukończeniu żadnej z rozpoczętych prac - ani pieca, ani ruiny. Tak naprawdę nic nie jest tam zrobione porządnie i do końca, poza samym budynkiem starego młyna, którego żółta elewacja pięknie kontrastuje z orzechowymi ramami okien i drzwiami wejściowymi. Mieszkanie poddaszowe doświetlone jest wolimi oczkami. Ten, kto to projektował, naprawdę się postarał. W zasadzie – mógłby to być raj. Dwa kroki do centrum, cisza i spokój.
Tak wygląda scena większości opisanych tu wydarzeń.

Marzę o cudzie niepamięci i zapominania. Niestety, los, opatrzność czy w co tam wierzycie obdarowały mnie pamięcią słonia. Może nie pamiętam czasami, po co przyszłam do kuchni, ale słowa, historie i opowieści ze starego młyna żyją we mnie jakbym usłyszała o nich wczoraj. Nie tylko mogę dokładnie określić, kto i kiedy je powiedział, ale także w co był ubrany, w jakim był nastroju i jaka była tego dnia pogoda.
W przypadku głównego bohatera tej historii, Henia, przypomnienie sobie jego stroju nie jest specjalnie wymagającym zajęciem, gdyż przez dziewięćdziesiąt procent czasu widziałam go w patchworkowych dżinsach (niezapomniane wrażenie) oraz jakimś wypłowiałym T-shircie, który oryginalnie - sto prań wcześniej - posiadał kolor bury, zielony lub brązowy.
Żebyście mnie dobrze zrozumieli – ani jedno cytowane zdanie, ani jedna opowiedziana tu historia, jakkolwiek skandaliczna by była, nie są zmyślone dla potrzeb tej opowieści. Historie opowiedziane zostały przez Henia, szarą Anusię czy dużo później poznaną Romcię, a że żadne z nich ani nie było specjalnie dyskretne, ani nie uważało za niestosowne się nimi dzielić, to i ja dzielę się nimi z wami. Romcia nawet przysyłała mi screeny wiadomości Henia, jego oryginalne wynurzenia. To niemieckie życie – jak się okazało – napisało lepsze scenariusze niż dałabym radę sama wymyślić.
I choć wiem, jak bardzo bolesne i nieprzyjemne dla sporej części bohaterów – a zwłaszcza dla mnie - są te wspomnienia – albo raczej moje komentarze, ten ból i ta złość są częścią mojej terapii po tym, jak ten świat starego młyna się ze mną obszedł. Mam wrażenie, że zdrowy rozsądek, którego mi nie brakuje, pozwala osądzić rzeczy takimi, jakie są – dobre jest dobre, a złe jest złe, normalne jest normalne, a dziwne jest dziwne.
Przyszłam tam z sercem na dłoni, z otwartą głową i dostałam – sami zobaczycie.

Mała kraina na południowym wschodzie Niemiec. Rozciągnięta jak jamnik grzejący brzuch na granicy z Czechami, pokryta górkami i przecięta na pół z południa na północ poskręcaną w zawijasy Łabą. Górki, góry, malownicze wzniesienia, formacje skalne, zamki… jesienią lasy widziane z góry wyglądają jak feeria barw, morze żółci, czerwieni, brązu i zieleni.
Ale to widok z góry. Z dołu, często wciśnięte w wąskie doliny, miasteczka i wsie, z domami przylepionymi do wzgórz, gdzie horyzonty i te geograficzne, i te intelektualne są ograniczane przez pobliskie zbocza.
Wiecie, jaka jest idealna kobieta w tym małym świecie na południu Niemiec? Tamtejsza idealna kobieta po pierwsze zdradza, męża, partnera, przyjaciół. W wersji hard może swoje wdzięki i umiejętności oferować za pieniądze. To się tu elegancko nazywa „Eskort”, pani do towarzystwa. Miłość w tym świecie to są mniej lub bardziej poprawne stosunki, często oparte na finansach, pozbawione emocji i empatii czy nawet elementarnego poczucia przyzwoitości, niezależnie od tego, czy ludzi łączy małżeństwo, czy są w związku nieformalnym.
W tym świecie, w którym spędziłam czternaście miesięcy, taki był ideał kobiety. Ideał kobiety głównego bohatera – Henia, boskiego Henia.
A to jest historia o tym, jak rozpaczliwie do tego ideału dążyłam. I byłam o włos od jego osiągnięcia.